Na twardo czy na miękko?

Nie, nie obawiajcie się. Tytuł wcale nie oznacza, że postanowiłem pisać o kulinariach zaczynając od odwiecznego sporu o to, które jajko jest lepsze. Takie kwestie pozostawiam mądrzejszym a na pewno sprawniejszym ode mnie w kuchennych arkanach.

Rzecz będzie o sprawie dalece bardziej przyziemnej niż jajeczne rozważania, bowiem opowiem wam kilka słów o Wielkiej Brytanii i o tym jaki jej wyjście z Unii Europejskiej może mieć wpływa na irlandzkie realia.

W chwili gdy piszę te słowa brytyjska premier Theresa May odwiedza swojego kolegę z sąsiedniej wyspy Endę Kenny’ego. Zatrzymała się w Dublinie wracając od nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, a ja zastanawiam się, czy aby ta wizyta w Irlandii ma dla niej jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście dla premiera Kenney’ego ma ogromne, w końcu Wielka Brytania pozostaje największym handlowym partnerem Republiki Irlandii. Jednak w drugą stronę, wcale nie jest już tak znacząco.

Dla premier May istotniejsze są pozostałe rynki europejskie, amerykańskie czy nawet azjatyckie. Szczególnie ważne są duże kraje Unii Europejskiej, tej samej Unii, z której Wielka Brytania zdecydowała się, głosami swoich obywateli, wyjść.

Na krótko przed wycieczką za ocean Theresa May wygłosiła słynne przemówienie określające strategię Wielkiej Brytanii odnośnie Brexitu, chociaż wielu komentatorów złośliwie stwierdziło, że nie była to żadna strategia, a jedynie lista pobożnych życzeń. Bo przecież nikt tak naprawdę nie wie jak przebiegnie wyjście Brytyjczyków z Unii. Jeszcze nikt wcześniej tego nie robił, a już szczególnie tak ważny unijny gracz.

W skrócie przemówienie premier May można streścić jednym zdaniem: „Zgódźcie się na układ jaki proponuję, albo naślę na was 63 miliony Brytyjczyków.” Ona sama doskonale zdaje sobie sprawę, że pozycja z jakiej zacznie negocjacje z Unią Europejską może zaważyć na tym, jak będzie wyglądał sam Brexit. Dlatego zaczyna z wysokiego C i stawia ostre warunki. Przecież w końcu potem zawsze je może złagodzić.

Niestety, jak to się powiada w pewnych kręgach, im dalej w las, tym więcej drzew. A im bliżej Brexitu, tym więcej pytań o jego faktyczny kształt. Czy Theresa May zdecyduje się na tzw. twardy Brexit, czyli ostre zerwanie wszelkich umów europejskich czy może pójdzie na ustępstwa, czego konsekwencją będzie miękki Brexit? Tego nie wie prawdopodobnie sama pani premier.

Jak na razie wygląda na to, że Wielka Brytania chciałaby zachować wszystkie korzyści z uczestniczenia we wspólnym rynku europejskim bez faktycznego członkostwa w tym rynku.

Trudno się zresztą dziwić, któż by nie chciał mieć nieskrępowanego dostępu do milionów europejskich konsumentów bez konieczności dopuszczania ich samych na swoje własne podwórko. Niestety dla Theresy May, już teraz, zanim właściwe negocjacje się jeszcze zaczęły, słyszy się sygnały, że na taki układ Unia Europejska nie pójdzie. Nieoficjalnie mówi się, że Brytyjczycy muszą wybrać: albo swoboda handlu w Unii, albo kontrola własnego rynku.

Jak wybrnąć z tego kłopotu będą się zastanawiać najtęższe brytyjskie i europejskie głowy już w najbliższych miesiącach, bo przygotowania do negocjacji i same negocjacje zbliżają się wielkimi krokami. A to przecież kwestie gospodarcze to zaledwie jeden z wielu twardych orzechów do zgryzienia w temacie Brexitu.

A wracając na nasze ciasne, ale własne irlandzkie podwórko… Co wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może oznaczać dla Irlandii? Oczywiście jedyną prawidłową odpowiedzią jest: „Nie wiadomo.”

Dopóki zainteresowane strony nie usiądą do stołu i nie wyłożą swoich kart, niewiele będzie wiadomo. Irlandia jednak ma szanse nieco ugrać na Brexicie. Po pierwsze, ze względu na bliskość i długoletnie związki (czasami oczywiście burzliwe) brytyjsko-irlandzkie, Zielona Wyspa, z której część jest faktycznie brytyjska, może stać się bramą do Unii.

Po Brexicie Irlandia będzie jedynym unijnym krajem angielskojęzycznym, co z jednej strony może skłaniać firmy brytyjskie do inwestowania tutaj, a z drugiej strony zachęcać firmy międzynarodowe do przenoszenia się z Wielkiej Brytanii do Dublina (bo umówmy się, że raczej poza stolicę nowe inwestycje szybko nie wyjdą). Odpowiednio skrojone umowy miedzy Republiką Irlandii a pozaunijną Wielką Brytanią mogą, i powinny, być korzystne dla obu stron. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by Irlandia rezygnowała z tak atrakcyjnego partnera tylko dlatego, że partner ów zdecydował się opuścić Unię Europejską.

W zasadzie rząd Endy Kenny’ego nie powinien się oglądać na Unię w negocjacjach z rządem Theresy May, a powinien jedynie zadbać o interesy własnego kraju. W końcu jeśli nie zadba o nie sam, nikłe ma szanse, że ktoś inny o nie zadba.

Co więcej, twardy Brexit może się okazać Irlandii nawet na rękę, wbrew temu co wieszczą pesymiści, pod warunkiem, że Irlandia stanie się dla Wielkiej Brytanii bramą do Unii. Już dziś kilka dużych korporacji z siedzibami w Londynie zapowiedziało rychłe przeniesienie swoich oddziałów dla innych krajów europejskich i zasadniczym interesem irlandzkiego rządu powinno być zachęcenie tych firm, by krajem docelowym stała się Irlandia. A liczne firmy irlandzkie eksportujące na rynek brytyjski powinny silnie naciskać rząd, by zapewnił im nieustająco nieskrępowany dostęp do tego rynku, nawet jeśli polityka unijna okaże się w tym względzie znacząco odmienna.

Bo tak naprawdę na Brexicie można trochę ugrać, byle właśnie nie oglądać się na Brukselę, a zająć się „żywotnymi interesami całego społeczeństwa”.

Komentarze