Prawda jest najciekawsza

Niektórzy może znają taki żart, w którym przybysz z przeszłości, powiedzmy z  połowy XIX wieku, spotyka pierwszego lepszego mieszkańca wielkiego miasta z początku wieku XXI i pyta go, jakie jest największe osiągnięcie ludzkości. Ten w  odpowiedzi wyciąga z  kieszeni smartfona i mówi: „Niemal każdy ma przy sobie urządzenie dające natychmiastowy dostęp do niemal całej wiedzy.” Przybysz zafascynowany pyta: „I  co z  tym robicie?” Odpowiedź brzmi: „Głównie oglądamy śmieszne koty.”

Tyle żart. Ale coś nam jednak mówi o kondycji naszej niezwykle rozwiniętej cywilizacji. Trudno zaprzeczyć, że internet to ogromne osiągnięcie i  wielki postęp. Faktycznie daje nam dostęp do niemal całej wiedzy zgromadzonej na przestrzeni dziejów, pozwala nam komunikować się ze sobą w czasie rzeczywistym, wirtualnie zwiedzać najdalsze zakątki świata, kupować rzeczy i usługi bez ruszania się z wygodnego fotela.

Internet posiada też swoje złe strony, a paradoksalnie jedną z  nich jest powszechny dostęp do informacji i praktycznie nieograniczona możliwość modyfikowania owej informacji. Dziś już nie tylko każdy może przeczytać wiadomość na dowolny temat, ale może też samemu taką wiadomość stworzyć, puścić w internet i pozwolić jej żyć własnym życiem. „Dziewięć włoskich zakonnic w  ciąży po
przyjęciu pod swój dach imigrantów”, „Naukowcy w  Arabii Saudyjskiej klasyfikują kobiety jako zwierzęta, nie ludzi”, „Mężczyzna spadł w  przepaść grając w  Pokemon Go”, „Donald Trump chce oznaczać muzułmanów, tak jak Hitler Żydów”, „Największe korporacje grożą wycofaniem inwestycji w razie Brexitu”, „Irlandzka posłanka chce darmowej herbaty dla nauczycieli”. W miarę inteligentny
czytelnik od razu stwierdzi, że coś z tymi tytułami jest nie tak. Jednak istnieje rzesza użytkowników internetu, którzy nie tylko w nie uwierzą, ale jeszcze rozpowszechnią. Najbardziej widoczne przykłady fałszywych wiadomości, czy pisanych dla żartu czy rozpowszechnianych w celu zwalczania przeciwnika, mieliśmy okazję oglądać najpierw przed referendum decydującym o  Brexicie, a  potem podczas kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych. I bez względu, po której stronie się opowiadasz, czy jesteś za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej czy przeciw, czy należysz do zwolenników Trumpa czy do jego przeciwników, możesz być pewien, że fałszywe wiadomości miały jakiś wpływ na twoje decyzje. A  skoro wpłynęły na ciebie, świadomego i  inteligentnego czytelnika, to pomyśl jaki miały wpływ na rzesze tych mniej wyrobionych, które przyjmują za pewnik wszystko co napisano w internecie.

Każdy z  nas oczywiście szuka faktów, potwierdzających nasze teorie czy opinie. Niejaki Andrew Lang bardzo ładnie to podsumował pisząc, że w  internecie dyskutanci wykorzystują statystykę niczym pijak latarnię, wyłącznie by się nią podeprzeć, a  nie żeby rozjaśnić sytuację. Na szczęście, ci mądrzejsi spośród internautów, widząc dowody zaprzeczające ich teorii, wycofują się z niej. Istnieje jednak jeden warunek, by ten układ miał sens. Musimy mieć dostęp do prawdziwych, rzetelnych informacji. Niestety, fenomen fałszywych newsów sprawia, że o takie informacje coraz trudniej.

Oczywiście dużą winę za ten stan rzeczy ponosimy my sami tworząc sobie tzw. internetowego bąbla. Sami wybieramy kto jest naszym znajomym na Facebooku, kogo obserwujemy na Twitterze, czy z kim kontaktujemy się przez inne aplikacje. To wszystko wpływa na zestaw (i  jakość) wiadomości jakie otrzymujemy z przepastnych otchłani internetu.

Powiedzmy sobie szczerze, jesteśmy leniami. Nie sprawdzamy źródeł informacji. Nie docieramy do sedna. Nie zastanawiamy się, czy to akurat prawda, częściowa prawa, czy może gówno prawda. Czasami nawet nie oddzielamy faktów od opinii. Robimy tak z lenistwa, ale też dlatego, że przez wiele lat przywykliśmy do tego, że to dziennikarze, redaktorzy, wydawcy sprawdzali czy informacja jest prawdziwa. W  głowie nam się czasami nie mieści, że można celowo wypuścić fałszywego newsa. Na tej naszej wierze i na naszym lenistwie polegają głosiciele fałszywek. Oni wiedzą, że zanim ktoś sprawdzi fakty, ich nieprawdziwą informację powieli tysiące użytkowników. Znają zapewne przysłowie, które mówi, że plotka trzykrotnie okrąży ziemię, zanim prawda zdąży założyć buty. Doskonale ten mechanizm widać było w  przypadku newsa mówiącego, że Wielka Brytania płaci do kasy UE 350 milionów funtów tygodniowo, a  w  przypadku Brexitu ta kasa zostanie wydana na opiekę zdrowotną.
Zanim tę informację zdementowano, znacząco wzrosło poparcie zwolenników Brexitu. Co więcej, do wielu z  nich dementi nawet nie dotarło.

Po drugiej stronie oceanu po zakończeniu kampanii prezydenckiej komentatorzy polityczni określili Trumpa i Clinton jako „największych kłamców w historii”. Obie strony nie przebierały w środkach, by przeciągnąć na swoją stronę jak najwięcej zwolenników. A  jednym ze środków było rozpowszechnianie fałszywych newsów uderzających w  obóz przeciwny. I  w  tym procederze uczestniczyło kilka milionów Amerykanów, a  także internautów spoza Ameryki, którzy nieprawdziwe informacje udostępniali wszem i wobec.

Powstaje pytanie, co dalej? Niektórzy sugerują powrót do cenzury, ale to jedynie pogłębiłoby skalę problemu. Wolne media, niestety czasami korzystające z tej wolności zbyt swobodnie, to warunek
konieczny istnienia społeczeństwa obywatelskiego. Niestety, stojąc na straży demokracji i swobody wypowiedzi, wolne media czasami zapuszczają się w grząskie rejony świadomego fałszowania obrazu rzeczywistości.

Nikt jeszcze nie sformułował konkretnego rozwiązania problemu, jakim są fałszywe informacje zalewające internet. Powoli powstają serwisy weryfikujące najbardziej „chodliwe” newsy i sprawdzające ile w nich jest prawdy. Portale informacyjne przestają rzucać się na każdego, choćby nie wiadomo jak nieprawdopodobnego, newsa byle tylko wyprzedzić konkurencję. Zaczynają sprawdzać źródła, tak jak to czyniono od zarania dziennikarskiego rzemiosła. Jednak największa odpowiedzialność spada na nas samych, użytkowników internetu, którzy informacje rozpowszechniają we wszechobecnych mediach internetowych. Czy to prosty mem, czy krótka notka, czy sensacyjny news, warto sprawdzić czy jest prawdziwy zanim jeszcze wciśniemy przycisk „Udostępnij”.

Niektórzy mówią wprost, że należy ludzi zwyczajnie nauczyć krytycznego myślenia, bo w zalewie informacji zatraciliśmy tę umiejętność. Szczególnie widać to wśród młodych ludzi, dla których wiadomość podana w  internecie musi być prawdziwa, bo tak przecież napisano w internecie. Nikt oczywiście nie powstrzyma nikogo od czytania fałszywych wiadomości w  szemranych serwisach wyrastających jak grzyby po deszczu w najciemniejszych zakątkach internetu. Ważne jest, byśmy byli świadomi, że czytamy wiadomości niesprawdzone i  prawdopodobnie nieprawdziwe. To my sami musimy nauczyć się oddzielić ziarno od plew, a  prawdę od fałszu. Inaczej zginiemy przywaleni natłokiem sprzecznych, fałszywych i  wyssanych z  palca informacji, które będziemy łykali jak przysłowiowe pelikany.

Komentarze