Marzyć, wierzyć, realizować – Rozmowa z Basią Wodzińską

LUDZIE I ICH HISTORIE

TEMAT: Marzyć, wierzyć, realizować.

Rozmowa z Basią Wodzińską, podróżniczką, wieloletnią właścicielką pierwszego polskiego salonu prasowego w Irlandii, obecnie pośrednikiem w obrocie nieruchomościami na rynku polskim.

MIR: Basiu, opowiedz, jak zaczęła się Twoja przygoda z Irlandią i co skłoniło Cię do otwarcia własnego biznesu w tym kraju?
Basia: Moja przygoda z Irlandią zaczęła się dość spontanicznie. Po dwóch latach mieszkania w słonecznej Italii przyjechałam do Polski z poczuciem, że czas na zmiany. Przechadzając się ulicami mego miasta, wstąpiłam do biura podróży i zapytałam o „jakieś promocje”. Usłyszałam, że są tanie bilety do Irlandii i już po kilku dniach byłam w drodze na Zieloną Wyspę. One way ticket to wspaniała zapowiedź przygody. I choć jechałam sama, zupełnie w ciemno, nie mając pojęcia, gdzie prześpię pierwszą noc ani jak znajdę pracę, to jednak determinacja oraz wrodzony optymizm były moim orędziem i sprzymierzeńcem w tej samotnej przygodzie.
Szybko znalazłam pełnoetatową pracę, a także dwie dodatkowe. W pracy i po pracy uczyłam się języka, a że do tematu podeszłam bardzo ambicjonalnie, to już po pół roku rzuciłam ciepłą posadkę i przeniosłam się do Cork, miasta większych możliwości, gdzie mogłam spełniać marzenia…
A miałam marzenie…. Marzenie o własnym biznesie, więc gdy straciłam dobrze płatną pracę w ramach redukcji etatów, zupełnie się tym nie zmartwiłam. Już wtedy miałam pomysł i trochę oszczędności. Chciałam połączyć pasję z biznesem, by móc na co dzień robić to, co kocham. Właściwie nie zastanawiałam się długo, co to może być. Na obczyźnie bardzo brakowało mi książek. Polskie sklepy rosły jak grzyby po deszczu, ale były to sklepy z jedzeniem, a mnie brakowało pokarmu dla duszy… Zapragnęłam więc wnieść trochę „polskiej oświaty” na Zieloną Wyspę. Założyłam, że nie mnie jednej brakuje rodzimej literatury. Kręciłam się po mieście i fantazjowałam… A gdy czegoś mocno pragniesz, naprawdę mocno, gdy jesteś gotowy poświęcić tej myśli dużo uwagi i zaangażowania – to musi się ziścić.
I tak moje marzenie powoli nabierało realnych kształtów. Ot tak, jakby od niechcenia, sprawdziłam cenę lokalu. Idąc za ciosem, umówiłam się na jego obejrzenie. Skoro już wiem, jak wygląda i ile kosztuje, to może sporządzę wstępny kosztorys… Utrata pracy tylko przyspieszyła podjęcie decyzji. Szybko zorientowałam się, że trzeba postawić na jednego konia: albo szukam pracy, albo piszę biznes plan. Nie bałam się. Porażki nie brałam pod uwagę. Moja determinacja pozwalała mi wierzyć, że poradzę sobie ze wszystkim. Dzień, w którym przyznano mi kredyt, zapamiętam do końca życia. W końcu poczułam, że to się dzieje naprawdę.
Tak właśnie w surowych warunkach amatorszczyzny powstał BaDaCz, pierwszy polski salon prasowy w Irlandii. Z miłości do książek, z niewiedzy i optymizmu, z wiary i determinacji.

MIR: W 2012 roku odbyłaś samotną podróż do Chin. Co Cię do niej skłoniło i czy w jakikolwiek sposób zmieniła ona Twoje życie? Jaki miała wpływ na Twoje dalsze losy?
Basia: Tak, rzeczywiście w 2012 roku wybrałam się w samotną podróż przez Europę i Azję. Przejechałam Rosję koleją transsyberyjską (spełniając kolejne, wielkie marzenie), przeżyłam burzę piaskową w Mongolii, dwa miesiące eksplorowałam fascynujące Chiny, a także podziwiałam cuda Indii. I kto wie, gdzie jeszcze bym pojechała, gdyby nie zaproszenie na ślub, które ściągnęło mnie z powrotem do Polski…
Decyzja o podróży podjęła się poniekąd sama. Po pięciu latach szalonej ekspansji, pożarach, zalaniach i innych katastrofach zawodowych, czułam się zmęczona i wypalona. Chciałam uciec gdzieś daleko, by wyhamować szalony pęd, który przynosił mi bezsenność i niedowagę. Czułam, że potrzebuję odpoczynku, nie tygodniowego urlopu, ale całkowitego oderwania, zapomnienia, zatracenia… Miałam potrzebę, by sobie przypomnieć, kim jestem bez karty kredytowej, bez łatki „pani ze sklepu”. Decyzja zapadła i wiedziałam, że ta podróż to tylko kwestia czasu.
Do wyjazdu szykowałam się prawie rok. Pielęgnowałam w sobie to marzenie niemal codziennie. Krok po kroku realizowałam kolejne etapy przygotowań, które przybliżały mnie do wyjazdu. I tak sprzedałam część firmy, zdałam mieszkanie, przekazałam kompetencje pracownikom, zaszczepiłam się i… wyjechałam. Znów byłam „tylko sobą”. Znów byłam tylko dziewczyną z Polski szukającą w świecie przygody i siebie samej. Pytasz, czy ta podróż mnie zmieniła? Cóż, właściwie wróciłam jako inny człowiek. Cztery miesiące pokory, odosobnienia, izolacji, wewnętrznego dialogu – na to wszystko nie można pozostać obojętnym. Przemiana, której uległam, przyniosła mi spokój oraz jasność widzenia. Już wiedziałam, co chcę robić, a czego nie. Zawsze marzyłam o studiach dziennych…
Ta podróż odmieniła także losy BaDaCza. Po powrocie wiedziałam już bowiem, że chcę zamknąć ten rozdział życia i podjąć nowe wyzwania. Rok czasu zajęło mi zamykanie działalności. Powoli, lecz sukcesywnie przygotowywałam się do nowego. I tak spełniłam kolejne wielkie marzenie, marzenie o byciu pełnoetatową studentką.

MIR: Obecnie mieszkasz w Polsce i realizujesz się jako pośrednik w obrocie nieruchomościami. Skąd pomysł na to zajęcie?
Basia: Jeszcze prowadząc BaDaCza, wymyśliłam, że w przyszłości chciałabym sprzedawać nieruchomości. Fascynowała mnie wizja pracy z ludźmi, pomoc w znalezieniu nowego miejsca do życia, spełniania ludzkich marzeń…
Próbowałam swoich sił w Irlandii, jednak depresja gospodarcza skutecznie zamknęła mi wszystkie furtki. Wstrzymano wydawanie licencji, zlikwidowano kierunki na uczelniach, zamykano agencje nieruchomości. Nawet emigracja na Wyspy Kanaryjskie (mieszkałam tam blisko rok po wyjeździe z Irlandii) nie zmieniła mojej sytuacji. Hermetyczne środowisko zazdrośnie strzegło swojego terytorium, nie pozwalając obcym na przekroczenie niewidzialnej granicy.
Dopiero przyjazd do Polski rozpostarł przede mną nowe możliwości. Przyjechałam na chwilę, nieruchomości zatrzymały mnie na dobre. Znów byłam w swoim żywiole, znów mogłam stawiać sobie wyzwania, znów mogłam spełniać marzenia.
Choć moje doświadczenie w tym temacie było zerowe, to kolejny raz determinacja i wiara dodawały mi skrzydeł. Tak rozpoczęłam kolejny etap, rozdział pod tytułem: „teraz Polska”.
Dziś, po półtora roku od przyjazdu do kraju, cieszę się wysoką skutecznością sprzedaży oraz solidną renomą wśród zadowolonych klientów, co było moim celem, gdy rozpoczynałam pracę w nieruchomościach. Towarzyszę ludziom w tak ważnym momencie życia, jakim jest kupno własnego lokum, oferując profesjonalizm i zaangażowanie. Rozwinęłam także dział podnajmów, w którym mogę wykorzystać wiedzę i doświadczenie zdobywane na rynkach międzynarodowych. Kwateruję pracowników – obcokrajowców. Sama będąc do niedawna migrantką, doskonale rozumiem potrzeby i tęsknoty pracowników z zagranicy.

MIR: Praca pośrednika to bardzo czasochłonne zajęcie, a mimo to zostałaś wolontariuszką. Jak udaje Ci się znaleźć na to wszystko czas?
Basia: Wiesz, aby nie zatracić się w sobie, swoich marzeniach, swoich planach, swoich, moich, mnie…, uznałam, że w ferworze codziennych zmagań dobrze jest znaleźć czas, by pochylić się nad tymi, którzy mieli mniej szczęścia. W życiu przechodzimy różne etapy i czasami potrzebujemy zewnętrznego wsparcia, cudzego współczucia czy atencji. Wszak tyle jesteśmy warci, ile możemy dać innym.
Do szpitala zgłosiłam się natychmiast po znalezieniu informacji o zapotrzebowaniu na wolontariuszy. Od tamtej pory trzy razy w tygodniu pracuję na oddziale ratunkowym miejskiego szpitala. Głęboko wierzę, że każdy z nas ma jakiś talent, coś, w czym jest lepszy od innych i czym warto się podzielić. Jak mantrę powtarzam, że każdy, absolutnie każdy może coś dać: swój czas, uwagę, pomysł, pracę, umiejętność, pieniądze etc. Należy jednak nadmienić, że wolontariat to nie tylko dawanie, ale też ogromna wartość zwrotna. Zbyt rzadko mówi się o tym, co dostajemy w zamian.
Wolontariat pomaga mi w samodyscyplinie. Nie mogłam znaleźć w sobie motywacji do wczesnego wstawania, choć bardzo mi na tym zależało. Uprawiam wolny zawód, więc cieszę się elastycznością godzin pracy. Codziennie rano negocjowałam sama z sobą kolejne 10 minut dłużej w łóżku. Teraz wstaję około 5.00–5.30, by zdążyć na poranną zmianę na oddziale. Dyżur kończę o 10.00 i wtedy zaczynam dzień pracy.
W pracy zawodowej nie zawsze słyszymy pochwałę. W służbie społecznej są: słowa uznania pacjentów, ich wdzięczność, docenienie mojej pracy, zaangażowania, poczucie, że jestem tam potrzebna, że mogę uczynić ten świat lepszym miejscem – bezcenne.
Bezcenne jest również doświadczenie, jakie zdobywam na jednym z najtrudniejszych oddziałów w szpitalu. Jestem handlowcem, z medycyną nie łączy mnie nic poza dwoma złamaniami, jakie miałam w przeszłości. Wydawałoby się, że nie ma tu dla mnie zajęcia… A jednak sytuacje, z jakimi przychodzi mi się mierzyć na SORze, pozwalają mi przejść level up własnego jestestwa. Kilka miesięcy praktyki jest niczym wieloletnie studia psychologiczne. Na co dzień zarządzam ludzkimi emocjami w sytuacjach mocno kryzysowych, towarzyszę ludziom w niezwykle trudnych chwilach, a to mi przypomina, jaką szczęściarą jestem, pozostając w zdrowiu, mogąc cieszyć się obecnością bliskich.
To wszystko warte jest wczesnego wstawania, niedospania, pracy do późna, gdy trzeba nadgonić pracę zawodową czy poświęcenia wolnego weekendu. Satysfakcja, jaką niesie ciepłe słowo pacjenta, nauka, jaką zyskuję każdego dnia, pokora, która pozwala docenić to, co mam – to wszystko sprawia, że z radością przeorganizowałam swoje życie, by znaleźć czas dla innych. Aha, i na pewno pomaga brak telewizora (śmiech). Bez niego doba jakby się wydłuża…

MIR: Jaką radę dałabyś ludziom, którzy boją się zaryzykować, a marzą o własnym biznesie?
Basia: Pozwól, że przytoczę słowa Steva Jobsa, człowieka, który mnie inspiruje od lat: „Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz, jest najlepszym sposobem, jaki znam, na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie miałbyś żyć tak, jak nakazuje ci serce”.
Podpisuję się pod tym obiema rękami. Już za chwilę bardziej będziemy żałowali tego, czego nie odważyliśmy się spróbować niż tego, co nam nie wyszło. Bez względu na to, czy marzysz o własnym biznesie, kursie fotograficznym, napisaniu książki czy lekcjach tańca, spraw, by Twoje marzenie było wielkie, ogromne, bezkresne… To nic nie kosztuje, nie boli, a jest zalążkiem czegoś wspaniałego i co sam możesz wykreować. Marzenia mają wielką moc. Każdy wielki odkrywca najpierw miał marzenie. Od nich wszystko się zaczyna. Pozwolę sobie raz jeszcze zacytować Jobsa: „Stay hungry. Stay foolish”. Miej odwagę, by mierzyć wysoko.

Mir: Co Ci daje praca z ludźmi?
Basia: Praca z ludźmi wymaga cierpliwości, rozwija empatię, uwrażliwia, pozwala docenić to, co mamy. Poniekąd wypycha mnie wyżej, wymusza samorozwój, samokontrolę, samodyscyplinę. Nieustannie poszerza horyzonty myślowe i percepcyjne.
Praca z ludźmi czyni moje życie ciekawszym i różnorodnym, pozwala uniknąć rutyny, jest nieustannym, heterogenicznym źródłem inspiracji, które rozpala moją wyobraźnię, fantazję i dodaje wiary, że mogę wszystko.
Życie przynosi nam sukcesy oraz lekcje. Wszystko, co do tej pory przeżyłam, zarówno to dobre, jak i to ciężkie, uczyniło mnie tym, kim dzisiaj jestem. Nie oddałabym żadnego z tych doświadczeń, nie zmieniłabym niczego i niczego nie żałuję. Ludzie, których spotykamy są niczym lustra naszej egzystencji. W nich odbija się nasze piękno i blask, ale także nasze lęki czy frustracje. To od nas zależy, jak obecność drugiego człowieka wpłynie na naszą rzeczywistość. I to jest piękne. Każda postać jest niespodzianką, zapowiedzią nowej przygody.

Mir: Ile punktów powinna zawierać lista marzyciela i czy jesteś już w połowie realizowania marzeń z własnej listy?
Basia: Na początku tego roku gdzieś wyczytałam, że warto zrobić sobie listę dziesięciu rzeczy, które chcesz zrobić w nadchodzącym roku. Ponoć ogromna część ludzi ma z tym ćwiczeniem kłopot. Większość jest w stanie wypisać trzy, pięć życzeń. Ja się chyba rozpędziłam, bo mam ich pięćdziesiąt trzy (śmiech), i to tylko na bieżący rok… Na koniec roku zweryfikuję, co udało mi się zrealizować, co przejdzie na następny rok, a na czym nie zależało mi aż tak bardzo, by poświęcać temu swoją uwagę…
Na mojej liście stale przybywa marzeń, życzeń czy zachcianek. I o to chodzi – I stay hungry, I stay foolish. Im ambitniejsze cele stawisz, im trudniej się do nich zbliżyć, tym większa potem radość i satysfakcja. Często spotykam się z drwiącą reakcją na moje marzenia. Ale tak było zawsze. Drwią ci, co sami nie potrafią rozniecać w sobie pragnień. Najgłośniej śmieją się ci, którzy sami nigdy nie daliby rady, którzy nigdy nie podejmą wyzwania. Często słyszę: ech, żeby to było takie łatwe… nie, to nie zawsze jest łatwe. Ale jeśli swoją bytnością na tej planecie nie czynisz jej lepszym miejscem, to po co to wszystko?
Chciałabym, aby każdy odnalazł swój cel, swoje miejsce, swój talent. Chciałabym, aby każdy miał odważne marzenia. Chciałabym, aby każdy podzielił się tym, co ma w sobie najlepsze i poczuł ogromną radość z tego dzielenia. „Każda myśl jest tak potężna, jak wiara w jej moc”. Mamy władzę, by ją dowolnie kreować i materializować. Wystarczy marzyć i wierzyć.
Tego życzę wszystkim czytelnikom MIRa: Stay hungry… Dream BIG.

Komentarze