Halama in my living room, czyli intymne życie grubasa

Z Grzegorzem Halamą, który wystąpi 13-go października w Cork, a 15-go w Dublinie, rozmawia Piotr Czerwiński.

PC: Przyznam się, że chyba wywołałem ducha. Byłem w Polsce na urlopie i tam w kółko leci piosenka z refrenem „I’ve got a llama in my living room”. A mnie ciągle się zdawało, że ona tam śpiewa „I’ve got Halama in my living room”… i zacząłem się zastanawiać co teraz robi Grzeorz Halama, a tu bęc: wracam i się dowiaduję, że będę przeprowadzał wywiad z Halamą. Normalnie in my living room…

GH: …I oto jestem!

PC: Byłeś już wcześniej w Irlandii?

GH: Byłem, oczywiście że byłem i to w związku z występami, kilka lat temu. Wycieczkowo nie pojawiłem się niestety. Miałem przyjemność trochę pozwidzać Dublin i Irlandię, byłem na klifach, pojeździłem po kraju. Podoba mi się klimat Irlandzkiej wsi. Poznałem też wielu ludzi, także fanów, którzy przyszli na występy. Teraz wracam w te strony, w październiku.

PC: Zgadzam się, klimat rzeczywiście sielski. Co do fanów, my tu mamy tradycję zapraszania polskich kabaretów, jest na to ciągłe zapotrzebowanie. Potrzeba nam tu humoru! Zwłaszcza, że media w ogłosiły, że zaczyna się jesienna deprecha. Toteż przed Tobą wielkie zadanie… jak nas wyciągniesz z tej deprechy?

GH: Jak wyciągnąć? No zwyczajnie, kabaretem! Obniżony nastrój ma różny poziom u różnych ludzi. Interesowałem się tym swego czasu od naukowej strony i niestety, nie ma tu sprawiedliwości, jedni rodzą się z większą skłonnością do obniżonego nastroju, inni z mniejszą. Już nie mówiąc o stanach depresyjnych, bo to już choroba. Czasami budzimy się rano i wiemy, że to chyba nie jest ten najradośniejszy dzień. Trzeba się doczołgać do kuchni, zrobić kawę… Jest nawet kierunek w psychologii, który zajmuje się tym, co sprawia, że człowiek jest szczęśliwszy i na pewno śmiech należy do tej kategorii. Pójście na występ kabaretowy jest świetną receptą na uszczęśliwienie. Oczywiście to wszystko kwestia gustu, jedni lubią prosty humor, inni bardziej wyrafinowany. Ja się zawsze umiejscawiałem gdzieś pośrodku – staram się, żeby forma była atrakcyjna, ale jednocześnie, żeby to był humor inteligentny i przemycał coś głębszego. Mam taką ambicję, żeby to był dobry „kabaret środka”.

PC: No właśnie, zastrzegasz, że twój program jest pozbawiony wulgaryzmów, ja też pamiętam z przeszłości, że raczej unikasz polityki, co było naprawdę odkrywcze, jak na polskie warunki.

GH: Polityka, no raczej nie. Jeśli kiedykolwiek pojawił się taki akcent, to był drobiazgiem, niewiele znaczącym. Nie zawierało to krytyki wobec jakichś konkretncyh ludzi i nie odnosiło się wprost do politycznej rzeczywistości. Programowo na scenie ta polityka u mnie się nie pojawiała i to była nowość, kiedy zaczynałem te 27 lat temu. Mój kabaret był czymś nowatorskim, wtedy był taki ciężar, że kabaret musi być polityczny, moralizatorski i tak dalej. Był tego nadmiar, przesyt. A jak wiemy, przyroda nie lubi próżni. A mój pomysł na kabaret wynikł z fascynacji amerykańską rozrywką tego typu, czy ogólnie anglosaską, bo zaczęło się od Monty Pythona, Woody Allena, no i sceniczne występy typu „stand up”. I marzyło mi się, że skoro wszyscy są tacy bardzo serio, to ja będę stawiać na humor irracjonalny. Oczywiście jest też w tym jakaś mądrość. Na tym zresztą polega humor, na zestawieniu dwóch przeciwnych zjawisk, to wywołuje śmiech. Np. Postać Józka, choć absurdalna, potrafiła przemycić jakieś poważniejsze treści, jakąś alegorię, odniesienie do rzeczywistości. Ale miewałem też numery tylko do śmiechu, choćby „Śpiewająca bakteria”. I dzięki temu zyskałem dużo fanów, bo to był humor uniwersalny. Należy się tu pokłon kabaretowi „Potem”, który pierwszy zaczął robić takie rzeczy. Nie przypadkiem zresztą nasze drogi się spotkały, kiedy zacząłem mieszkać w Zielonej Górze, wspólnie pracowaliśmy. Mało kto wie, że jest kilka tekstów kabaretu „Potem”, których jestem współautorem. Po jakimś czasie ten ruch się rozwinął, przyszła fala kabaratów z niezobowiązującym humorem… Co do polityki, chyba wszyscy czekali na nadejście kogoś z młodego pokolenia, kto inteligentnie podejmie tematy polityczne w kabarecie. Myślę, że „Neonówka” wykonała pierwszy pokazowy krok w tę stronę. Ostatnie wydarzenia w polityce też niejako sprowokowały wielu kabareciarzy do działania. Ja jednakowoż pozostaję przy humorze uniwersalnym. Poza tym humor polityczny szybko się dezaktualizuje. Jakieś wydarzenie jest dziś świeże, ale za jakiś czas traci moc.

PC: Opowiedz o nowym programie, z którym przyjeżdżasz do nas jesienią, cóż takiego wyciągnie nas z tej deprechy….

GH: Powstał po okresie obniżonej aktywności, odpoczywałem trochę od show-businessu i kiedy wracałem, musiałem dobrze pogłówkować, żeby mieć plan na to, co chcę robić, by ten powrót był udany. Będąc pod dużym wrażeniem czołowych stand-uperów zza granicy i tego w jaki sposób prezentują swój kabaret, odkryłem że to mogłoby być dla mnie świetną przygodą, stworzyć coś podobnego, wartościowego, jeżeli zacznę opowiadać szczerze o samym sobie. Taka była geneza tego programu. Czytałem też kilka podręczników na ten temat. Szczerość na scenie, opowiadanie o sobie w sposób dowcipny, ma wartośc uniwersalną. Postanowiłem stworzyć program, który taki będzie: szczery, autentyczny, prawdziwy. Myślę, że w następnym programie pójdę jeszcze dalej w tę stronę. Ten jest poprawny: jest fragment o nietolerancji wobec palaczy, może tu akurat występuje lekka niepoprawność. Reszta porusza na wesoło różne całkiem „życiowe” tematy: sporo jest o odchudzaniu, o pożyciu małżeńskim, które naprawdę nie jest wieczną sielanką, tylko poważnym wyzwaniem, które nieustannie podejmujemy (przyp. red: tytuł programu to „Długo i szczęśliwie, czyli intymne życie grubasa”).

PC: Ale wszystko to kulturalnie i bez wulgaryzmów?

GH: Tak, bo nie chcę, żeby to były takie „opowieści przy wódeczce” z przeklinaniem i tak dalej. Chcę, żeby była w tym jakaś literatura, jakaś odrobina finezji. Chodziło mi też o to, żeby poziom obserwacji rzeczywistości był bardzo wnikliwy.

PC: A co powiesz na zapożyczenia, anglicyzmy? Spolszczone anglicyzmy to teraz prawdziwa zmora, mówię o takich słowach czy zwrotach, które mają normalne polskie odpowiedniki, ale się ich nie używa. Miałeś kiedyś świetny program, parodiujący francuskiego kucharza, zabrałbyś się za coś takiego, tylko pod adresem tych wszechobecnych anglicyzmów? To przecież genialny temat do obśmiania…

GH: Ha! W moim nowym programie wspominam też i o tym!

PC: Zapowiada się fantastycznie! Muszę to zobaczyć. W październiku irlandzka pogoda będzie już tak depresyjna, że bez kabaretu ani rusz. Inaczej ten, jak mówisz, poziom obniżonego nastroju, obniży się już do zera… A właśnie, tak na koniec, powiedz, bo zawsze byłem tego ciekaw: przecież kabareciarz też jest człowiekiem, też może doła, też go czasem coś trapi. Też popada w poważny nastrój. Jak wy to robicie, kiedy w takim stanie trzeba wyjść na scenę i opowiadać śmieszne rzeczy?

GH: To jest sekret profesjonalizmu. Ja umiem się zmobilizować, zebrać w sobie wszystkie siły, na pięć minut przed występem wyzwolić w sobie energię, która wszystko maskuje, jak ten magiczny napój Asteriksa. Nie mogę przecież wyjść na scenę i powiedzieć „przepraszam państwa, ale ja się dzisiaj trochę źle czuję, więc będzie tak sobie”. Ludzie zapłacili za bilety, przyszli żeby się śmiać. Nie bardzo ich obchodzi stan ducha wykonawcy, nie myślą o tym, myślą o rozrywce i trzeba im ją zapewnić. Kiedy się źle czuję, łykam aspirynę, zbieram się do kupy i daję z siebie wszystko, wiedząc, że potem będę mógł wrócić do hotelu, położyć się i wykurować. Ale to dopiero, kiedy wykonam pracę.

PC: W takim razie pozostaje mi życzyć ci, żeby w Irlandii głowa nie bolała, tabletki nie były potrzebne, a energia Asteriksa przyszła sama! No i do zobaczenia!

Komentarze