Lubię się śmiać! Z Łukaszem „Lotkiem” Lodkowskim rozmawia Piotr Czerwiński

Z Łukaszem „Lotkiem” Lodkowskim rozmawia Piotr Czerwiński

PC: Przede wszystkim, witamy zaocznie w Irlandii! Będziesz mieć tu występ, 12 kwietnia, w Dublinie. Byłeś kiedyś w tych stronach?

ŁLL: Nie, nie byłem nigdy w Irlandii. Jeśli chodzi o wyspy, to znam tylko Anglię. Przy okazji tej trasy odwiedzę teraz Irlandię i Szkocję. Irlandii już się nie mogę doczekać, bo słyszałem o niej same pozytywne opinie!

PC: Też takie słyszałem 🙂 Tytułem wprowadzenia, nigdzie nie mogłem znaleźć Twojej jakiejś w miarę rzetelnej biografii. Wszyscy wiedzą, kto to jest Lotek, znają jego występy, pełno jest ich na Youtube i tak dalej, ale skąd się wziął, gdzie i jak, tego już nikt nie wie. Możesz nam przy okazji przedstawić swoją krótką „notkę biograficzną”?

ŁLL: Faktycznie, ja lubię rozpowszechniać swoje występy, ale nie za bardzo lubię dzielić się prywatnym życiem, ale z krótką biografią nie mam problemu. Urodziłem się w Warszawie, tam chodziłem do podstawówki, potem do liceum, potem poszedłem na studia, na matematykę, ale wytrzymałem tam tylko rok. Uciekłem więc na inne studia, na Zarządzanie Inżynierią Produkcji na SGGW (Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie- przyp. Red.). Studiów nie skończyłem, mam tylko absolutorium, ale nie napisałem pracy inżynierskiej, uznawszy, że to bez sensu… A równolegle ze studiami poszedłem też do pracy, pracowałem w korporacji prawniczej, zacząłem od archiwum, potem awansowałem do business development i tak dalej. Przepracowałem tam osiem lat. Od dwóch lat zajmuję się tylko stand-upem. Wcześniej próbowałem to łączyć z pracą, ale potem zrezygnowałem. Ja nie jestem fanem pracy w korporacjach, jak pojawił się stand-up, wiedziałem że o to chodzi w życiu. I od dwóch lat jestem wolnym człowiekiem!

PC: Gratuluję! To zupełnie tak jak my tutaj. Też podobno wybraliśmy wolność. A propos SGGW, coś jest na rzeczy, bo jeden z najsłynniejszych irlandzkich kabaretów, Foil Arms and Hog, składa się z gości, którzy studiowali rolnictwo… po czym stwierdzili, że to bez sensu i teraz są wolnymi ludźmi 🙂 Ale wróćmy do tematu. Pojawiłeś się na scenie, gdy była stosunkowo zapchana, a jednak ci się udało przebić, opowiedz o tych początkach, jaka była droga ku sławie?

ŁLL: Ja zaczynałem 6 lat temu, kiedy jeszcze nie było aż takiego tłoku w stand-upie, jak teraz. To jest zupełnie inna gałąź rozrywki, niż kabaret, ludzie często je łączą, bo jedno i drugie rozśmiesza, ale my to robimy w zupełnie inny sposób, uderzamy do innej grupy docelowej. Kabaret jest bardzo ogólny, i dla dzieci, i dla dziadków, a stand-up według mnie to jest rozrywka dla dorosłych. Ten gatunek dlatego tak się rozrasta, bo trafiliśmy w niszę, brakowało rozrywki dla dorosłych, wolnej, bez cenzury i nawet trochę wulgarnej. Kiedy ja zaczynałem, nie było jeszcze takiego ruchu. Miało to swoje plusy i minusy. Nie było zbyt dużej publiki, nie było scen. Samemu trzeba było rezerwować jakieś sale w pubach, nocowało u znajomych, a na występ przychodziło 15 osób, z czego 10 to byli znajomi. I nie przychodziło to żadnego dochodu, często trzeba było dokładać do interesu. Mimo to dalej chciało się to robić, czuło się bakcyla. Teraz jest dużo łatwiej, bo tych scen jest dużo, a i zaistnieć jest łatwo nawet kompletnie anonimowemu komikowi. Coraz więcej jest też tzw. „open mike’ów”, imprez które według mnie są rdzeniem stand-upu, bo każdy może się na nie zgłosić prosto z ulicy i dostaje swoje pięć minut na scenie i sprawdza, czy potrafi rozśmieszyć widownię. Ja też zaczynałem od takiego „open mike’a”, w Warszawie.

PC: Najwyraźniej się udało.

ŁLL: Pierwszy występ był średni, taki sobie, ale następny miał miejsce dwa tygodnie po tym, jak wylądowałem na izbie wytrzeźwień, więc miałem dobry materiał, wykorzystałem go na scenie i chwyciło! (śmiech). Jedno z nagrań z tym materiałem jest na Youtube i najwyraźniej się spodobało, bo ma już trzy miliony wyświetleń.

PC: A oprócz tego jednego epizodu, skąd bierzesz pomysły na występ, czy jest w tym jakaś improwizacja, czy piszesz wszystko wcześniej i uczysz się na pamięć roli, jak to wygląda?

ŁLL: U mnie to działa tak, że nie piszę sobie tekstów, które potem odtwarzam słowo w słowo, przygotowuję tylko chronologię żartów i historii, które będę opowiadał, i spontanicznie przechodzę od tematu do tematu. Ale już po 10-15 występach z tym samym materiałem mimo braku spisanego tekstu wiem już w miarę dokładnie, co i kiedy powiedzieć. Jasne, że zdarzają się sytuacje spontaniczne, bo czasem coś zabawnego może wydarzyć się na widowni albo nagle przychodzi do głowy jakiś żart, kiedy jest się na scenie. Niemniej jednak szkielet tego materiału jest przygotowany profesjonalnie.

PC: No przede wszystkim masz gadanę!

ŁLL: Trzeba mieć, trzeba.

PC: A powiedz mi, jak to jest z tymi komikami, czy to prawda że prywatnie są poważnymi ludźmi? Albo wręcz smutnymi, bo muszą odreagować? Krąży taki stereotyp.

ŁLL: Ja znam ten stereotyp, ale to nie jest reguła. U siebie na pewno tego nie widzę. Jestem pozytywnym człowiekiem i bardzo lubię się śmiać. Myślę, że to zależy od człowieka, jak w życiu. Jesteśmy normalnymi ludźmi, niektórzy są weselsi, niektórzy smutniejsi. Nie ma to związku ze sceną.

PC: A miewasz takie sytuacje, kiedy ludzie na ulicy cię rozpoznają i oczekują, że zaczniesz się wygłupiać albo powiesz coś śmiesznego? I co wtedy robisz?

ŁLL: Jasne, że miewam. Nie za często, ale owszem. Ja mam do tego całkiem miłe podejście. Ludzie chcą sobie ze mną zrobić zdjęcie, przybić piątkę, często też po prostu pogratulować. Jeszcze nie zdarzyły mi się żadne „hejty” ani nic takiego. Ale przyznaję, że ludzie chętnie chcą przy mnie żartować i na przykład opowiadają jakieś swoje historie, które nie zawsze są zabawne…W sumie prawie nigdy 🙂 Ale trzeba umieć trochę rozgraniczyć scenę od życia prywatnego, bo inaczej człowiek by zwariował, gdyby chciał żartować bez przerwy. Także ja nie mam tak, że żartuję przez cały czas, ale też i nie jestem ponurakiem.

PC: Masz jakichś ulubionych komików? Jakiegoś takiego stand-upowego idola?

ŁLL: Tak, mój absolutny komediowy guru to Norm Macdonald, Kanadyjczyk, który zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych. To zdecydowanie mój numer jeden, nikt mnie nie śmieszy tak jak on. Lubię innych wykonawców, ale Normowi nie dorównują.

PC: Opowiedz o twoim dublińskim występie, co zaprezentujesz rodakom zgłodniałym ojczystego humoru?

ŁLL: Przygotowałem trochę historii „zza wielkiej wody”, na podstawie wiadomości z Polski, ale nie będę zdradzał szczegółów, żeby nie popsuć efektu. Będzie też o podróży do Tajlandii, którą odbyłem z Paczesiem, no i trochę o alkoholu, który zawsze się u mnie pojawia, bo go lubię.

PC: To trafione wątki, no bo jak wiadomości z Polski, to zapewne z definicji będą śmieszne, a w kwestii alkoholu, też nie mogłeś lepiej trafić, bo tu ludzie nie znają umiaru.

ŁLL: Jeden z moich ulubionych napitków to Jameson, irlandzka whiskey! Pewnie będzie okazja napić się jej „u źródła”. Może w garderobie jakiś się znajdzie. Po występie, oczywiście. Ja nigdy nie występuję po alkoholu.

PC: Nie ma obawy, Jameson tutaj znajdzie się zawsze i wszędzie! Oczekujemy cię zatem z niecierpliwością. Pozdrawiam z Dublina.

ŁLL: Do zobaczenia!

Łukasz będzie gościem 1 Gali Stand-Up w Dublinie już 12 kwietnia.

Bilety dostępne na www.koncerty.ie

Komentarze