Czerwiński na poważnie: W imię ojca i syna.

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: środa, 27 maja 2015 Autor: Piotr Czerwiński
Zadaję sobie pytanie, co musi się stać, by Irlandia przyznała ojcu co ojcowskie. Czy któryś z tych pięćdziesięciu siedmiu tysięcy nieżonatych ojców musi strzelić sobie w łeb pod szpilą na O'Connellu, żeby władza ustawodawcza tego jakże interesującego kraju zauważyła, że jest wiek dwudziesty pierwszy?

Im dłużej mieszkam w Irlandii, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że kraj ten, najprawdopodobniej w ramach efektów ubocznych minionego nowobogactwa, boryka się z jednym fundamentalnym problemem: usiłuje ogarnąć cywilizację od zaplecza, kompletnie ignorując sprawy naprawdę ważne i przeoczając największe niedorzeczności, a skupiając się notorycznie na wszystkim, co ma pomniejszą wagę albo w ogóle nie jest warte zachodu.

Trzeba fenomenu mądrości po szkodzie, który znamy z polskiego podwórka, żeby cokolwiek drgnęło w zagadnieniach naprawdę ciężkiej wagi. Choćby ta historia Hinduski w zagrożonej ciąży, która umarła, ponieważ odmówiono jej aborcji, irracjonalnie zasłaniając się religią. Trzeba było osobnej ustawy, nowelizującej to prawo, żeby nikt już więcej nie uśmiercał ciężko chorych ciężarnych kobiet, które i tak nie mają szans urodzić żywego dziecka.

Ale zostawmy aborcję, to prędzej czy później wróci jak bumerang, wraca zawsze i wszędzie, a poza tym nie uważam się za osobę właściwą do jej komentowania, ponieważ jestem rodzaju męskiego.

Dokonałem bowiem odkrycia jeszcze bardziej wstrząsającego i to już jest temat, na który prawo, nomen omen, mam się wypowiadać, a nawet się wykrzyczeć, bo wypowiadanie się o czymś tak bezpodstawnym to z pewnością za mało. Wedle ostatnich statystyk 57,5 tysiąca par żyjących w Irlandii bez ślubu ma dzieci, stanowiąc 9.2 % wszystkich par posiadających w tym kraju dzieci. Samych dzieci mieszkających z rodzicami, którzy nigdy nie wzięli ślubu, jest w Irlandii 104,5 tysiąca. Dla przeciwwagi: spośród 140,5 tysiąca samotnych rodziców aż 127,5 tysięcy to kobiety. A teraz chętnie wytłumaczę dlaczego.

Nie wiem czy ktokolwiek da wiarę, włączając same te pary, że ojcowie nieślubnych dzieci nie mają w Irandii żadnych praw rodzicielskich. ABSOLUTNIE ŻADNYCH. Mimo tego, że figurują w ich akcie urodzenia, mimo tego, że nie wypierają się ojcostwa, mimo tego, że żyją z ich matkami i wychowują je na tej samej zasadzie, jak wszyscy inni ojcowie, w świetle prawa są dla własnych dzieci obcymi ludźmi, pozbawionymi wszelkiej władzy rodzicielskiej i praw do opieki. Przepis ten sięga czasów, kiedy w Irlandii nieślubne dzieci brały się wyłącznie z gwałtów i pijackich wpadek z anonimowymi buhajami, przez co pozostawanie dziecka przy matce było tu niemal pojęciem aksjomatycznym. Jednak czasy się trochę zmieniły i naprawdę nie trzeba średniowiecznych rytuałów, by tworzyć normalną rodzinę i być dobrym rodzicem. Bóg naprawdę nie patrzy na papierki, on patrzy na ludzi i na ich czyny. Wierzę, że takie jest zdanie tych tysięcy ludzi, którzy decydują się na dzieci nie zawierając aktu małżeństwa. Nie ma to większego znaczenia, dopóki oboje rodzice funkcjonują jak zwykła rodzina, nie mając z reguły pojęcia o tym idiotycznym przepisie, ale dramat zaczyna się, kiedy konkubinat, za przeproszeniem, bo nie znoszę tego słowa, rozpada się, niezależnie od tego, która strona rzuca którą stronę. Wtedy ojciec zostaje wystrzelony w kosmos, dosłownie i w przenośni. Nie można mu odebrać praw do dziecka, bo ich zwyczajnie nie ma. Przy upartej ex, na dobrą sprawę daje to swobodę odebrania mu dziecka na zawsze, o ile nie złoży sprawy w sądzie, domagając się przyznania takich praw. A potem kolejnej, o prawo do opieki. A to już nie dość, że poważna awantura, to jeszcze miesiące udręki na salach sądowych, stres wszystkich zainteresowanych i niepotrzebne koszty, a i efekt, jak zwykle, niepewny.

Znam przynajmniej cztery polskie pary i chyba z pięć obcojęzycznych, które żyją na kocią łapę, mają dzieci i tworzą najzupełniej normalny dom, którego często pozazdrościć mogłoby niejedno "zdrowe małżeństwo" z garnkami fruwającymi po ścianach. Wszyscy oni dowiedzieli się o moim przypadkowym odkryciu i wszyscy byli przerażeni. Radziłem im pójść natychmiast do urzędu i wystąpić o przyznanie paw ojcowskich za obopólną zgodą. Bo potem, kiedy już będzie za późno, świat wywróci się do góry nogami. A o rozstaniach vel rozwodach, przynajmniej na podstawie wszystkich rozwodów o których słyszałem, można głównie powiedzieć jedno, że nikt się tam z nikim po tyłku nie głaszcze i nie ma dla nikogo litości. A dziecko świetnie się nadaje do tego, by demonstrować jej brak. Jeśli ktoś ma szczęście i rozchodzi się z osobą na tyle światłą, by bez problemu przyznać swojemu byłemu prawo do dziecka, wygrał na loterii sens życia. Ale jeśli to będzie przypadek klasyczny, a z tego co słyszę od rozchodzących się kolegów, większość z tego to przypadki klasyczne, nie ożeniwszy się wcześniej przegrał wszystko jak z automatu: jest teraz anonimowym dawcą spermy, którego można poszczuć gliniarzami jak bandziora, jeśli ma się na to ochotę, by nie przebywał za blisko własnej latorośli. A jego racja istnienia, tylko dlatego że nie ma macicy, może iść się pieprzyć.

Zadaję sobie pytanie, co musi się stać, by Irlandia przyznała ojcu co ojcowskie. Czy któryś z tych pięćdziesięciu siedmiu tysięcy nieżonatych ojców musi strzelić sobie w łeb pod szpilą na O'Connellu, żeby władza ustawodawcza tego jakże interesującego kraju zauważyła, że jest wiek dwudziesty pierwszy?

Powtórzę się po raz setny, bo mówię o tym ostatnio bez przerwy: nie mam absolutnie nic przeciwko nowelizacji prawa o małżeństwie. Niech się żeni ktokolwiek z kimkolwiek. Nigdy nie miałem problemu z mniejszościami seksualnymi, bo uważam, że skoro ktoś się z tym rodzi, to musi z tym żyć, więc niech już lepiej żyje oficjalnie, a nie w ukryciu. Ale w sytuacji, kiedy władza ustawodawcza zabiera się za takie niuanse, oficjalnie po to by każdemu dać szansę na tworzenie poprawnej komórki społecznej, a na szmaciarską poniewierkę skazuje uczciwych i niewinnych ludzi, których największym przestępstwem jest brak papierka, to albo ja, albo ten świat jest tak popieprzony, że poproszę o bilet na jakąś inną planetę.