Ballada o dobrym esesmanie - Czerwiński na poważnie

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: czwartek, 11 czerwca 2015 Autor: Piotr Czerwiński
Kilkuletnie dziecko przy gitarowej rąbance dostaje jeszcze większego małpiego rozumu, o samym zgubnym wpływie hałasu już nie wspominając.

Przemysł zabawkarski, do społu z mediami dziecięcymi, zapuszcza się ostatnio w kompletnie niewychowawcze rejony. Nie dość, że wciska się dzieciom piratów jako sielskich herosów mórz, to jeszcze sklepy z zabawkami uginają się od półek pełnych karabinów maszynowych, czołgów i bombowców, kult mordobicia wyrażając w postaci plastikowych wrestlerów, którzy stali się do tego stopnia interaktywni, że można ustawiać ich w miniaturowych ringach i sprawiać, by tłukli się po mordach samoistnie. Przy tym wszystkim zestawy zabawek służące do symulowania stłuczek i katastrof, a także muzyka punk rockowa robiąca za tło dźwiękowe filmów dla dzieci wydaje się niewinną betką.

Piszę o tym z całą świadomością człowieka zafascynowanego ostrą muzyką, który na punk rocku wyhodował tę pasję i który sam będąc posiadaczem dwóch gitar elektrycznych i całkiem potężnego wzmacniacza, nie pogardzi surowym brzmieniem we własnym domu. Należy się jednak słowo wyjaśnienia, że nie uważam za stosowne dręczyć swoją pasją własnego syna, który jest w wieku wczesnoszkolnym i dla którego takie dźwięki - moim zdaniem - są szkodliwe. Muzyka rockowa jest z natury agresywna i nie bez powodu służyła w czasach mojej młodości do rozbijania butelek na koncertach. Kilkuletnie dziecko przy gitarowej rąbance dostaje jeszcze większego małpiego rozumu, o samym zgubnym wpływie hałasu już nie wspominając. Dlatego nie puszczam przy nim niczego takiego, do snu brzdąkam mu bluesa, a kiedy najdzie mnie na ostrzejsze granie, zostawiam je na pastwę sali prób albo krótkotrwałych okresów słomianego wdowstwa, kiedy latorośl wraz w rodzicielką udaje się na rytualne zamorskie wizyty u babci. Z całej muzyki popularnej zaszczepiłem w nim miłość do reggae, bo mam pewność, że nie będzie przy tym latać po ścianach, tylko siedzieć grzecznie i kiwać się na boki.

Tyle w temacie szarpidructwa, co zresztą stanowi marginalny punkt niniejszej tyrady, odkryłem bowiem w naszej kulturze popularnej dużo poważniejsze elementy antywychowawcze. Na czele z kultem piractwa - no proszę Was, Moi Państwo! Czy naprawdę nikt nie wie, że nie ma czegoś takiego jak "dobry pirat"? I że pirat z definicji oznacza zwykłego bandytę morskiego, członka zorganizowanej grupy przestępczej, który pod czarną flagą, upstrzoną wizerunkiem trupiej czachy, pływał po oceanach, atakując statki handlowe, rabując je do imentu, a ich załogi wyżynając w pień? A do dzisiejszych czasów przetrwał w języku obiegowym jako pirat fonograficzny bądź komputerowy, kradnący prawa autorskie i nielegalnie handlujący skradzionymi utworami?

Widziałem ostatnio program dla dzieci, w którym śpiewano balladę o dobrym piracie, jak to chronił skarby i był cud-miodem dla bliźnich, i jeszcze żeby było mało, pod wpływem tej ballady dzieci miały przebierać się za piratów. Z całym szacunkiem, ale zakrawa mi to na modne ostatnio fałszowanie historii, bo jeszcze kilka dekad takich praktyk i wszyscy uwierzą, że piraci byli fajnymi gośćmi, i w ogóle Janosikami swojej epoki, a ludzie, których łupili i mordowali, to tylko banda przedpotopowych biznesmenów, którymi przecież należy gardzić tak czy owak, bo to protoplaści szczurowyścigowych korporacji.
Równie dobrze można zacząć puszczać filmy o dobrym esesmanie, no bo przecież też miał czachę na mundurze i też rabował, o innych atrakcjach nie wspominając. A jaki miał fajny karabin i jakie fajne robił trata-ta!

I tu przechodzimy do wątku zabawkowych karabinów. Kurt Vonnegut, który sam był weteranem II wojny światowej, w przedmowie do swojej legendarnej antywojennej "Rzeźni numer pięć" zadeklarował, że nie będzie kupować swoim dzieciom zabawek imitujących broń i nie zezwoli im na zabawę w wojnę. I ja się podpisuję pod tą deklaracją, bo też takowej dokonałem. Mój syn obserwując zabawy rówieśników, a w szczególności jednego, który wymierzył mu ostatnio w głowę z plastikowego kałacha, zapytał mnie, co to takiego jest pistolet. Powiedziałem mu wprost, choć grzecznie i tak dyplomatycznie, by wystarczało to na potrzeby dziecka, że pistolet jest przyrządem, który służy do robienia ludziom krzywdy. I że to naprawdę bardzo, ale to bardzo zły wynalazek naszej cywilizacji. Jeszcze większą krzywdę robi karabin, a jeszcze większą armata, taka choćby jak na czołgu, bo może zniszczyć cały dom i tylko w tym celu została wymyślona. Zabawkowy pistolet służy do zabawy w robienie krzywdy i nigdy nie będzie inaczej, choćby się zaparli do żywego producenci wszystkich plastikowych kałachów, wydających rozkoszne trata-ta i miotających z lufy kolorowe światełka. Owszem, należy przyznać, że umiejętność władania pistoletem jest potrzebna, choćby z tego względu, że bardzo wielu złych ludzi miewa pistolety i są gotowi użyć ich przeciwko ludziom dobrym. Dobrzy ludzie muszą się bronić, a do obrony przed pistoletem potrzebny jest drugi pistolet, ale po to mamy wojsko i policję, by zajmowały się tymi sprawami bez naszego udziału. Tak czy owak, wszystko to jest bardzo poważną sferą z życia dorosłych i nie powinna dotyczyć dzieci. Nie ma w tym nic zabawnego ani nie ma w tym żadnej rozrywki, a wmawianie sobie, że to tylko na niby, uważam za oczywistą hipokryzję.

Nawiasem mówiąc, co pozwoli mi skończyć te wywody, za równie oczywistą hipokryzję uważam wynalazek paintballu, bo żeby odnajdywać radość w strzelaniu do ludzi, którzy nic nam nie zrobili i przed którymi nie musimy się bronić, by ratować własne życie, trzeba być albo człowiekiem ograniczonym albo psychopatą. Ciekawe jednakowoż w tym względzie jest organizowanie "integracyjnych" potyczek paintballowych dla pracowników wspomnianych już korporacji, gdzie, jak wiadomo, zwykle nie pała się miłością do nikogo, ze szczególnym uwzględnieniem kierownictwa, ale to już, tradycyjnie, byłby temat na zupełnie inną gawędę.