Czerwiński na poważnie. Zakaz wjazdu.

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: wtorek, 14 lipca 2015
Spośród wszystkich reklam turystycznych tego miejsca, jakie widziałem w ciągu ostatnich kilku lat, najbardziej przekonała mnie ta najnowsza, z której wynika, że atakuje się tam Polaków bodaj sto razy na miesiąc, wybija im się szyby w oknach i wyzywa na ulicy.

Zawsze chciałem pojechać do Belfastu. Zbierałem się do tej podróży z przeróżnych okazji, zbierałem się i zbierałem, i wygląda na to, że już się raczej nie wybiorę. Przynajmniej nie w tej pięciolatce.

Spośród wszystkich reklam turystycznych tego miejsca, jakie widziałem w ciągu ostatnich kilku lat, najbardziej przekonała mnie ta najnowsza, z której wynika, że atakuje się tam Polaków bodaj sto razy na miesiąc, wybija im się szyby w oknach i wyzywa na ulicy. Zawsze lubiłem aktywny wypoczynek zamiast nudnych wczasów, i ekstremalne rozrywki zamiast leżenia plackiem, ale ta oferta wydała mi się niestety za bardzo egzotyczna.

Wybierałem się do Belfastu, by zrobić tam zakupy. I to nie byle jakie, bo gigantyczne, z okazji swojego ojcostwa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jest tam o wiele taniej, więc zamierzałem kupić pełen bagażnik mleka w proszku, odżywek dla dzieci, ubranek, bucików i czego tam jeszcze, a przy dobrych wiatrach nawet porządne łóżeczko dziecięce i całą masę innych drobiazgów, co do których ustaliłem, że są dużo tańsze niż w Republice. Zostawiłbym tam jakieś kilka setek euro, jeżeli nie więcej, i to tylko w jeden dzień, bo z Dublina jest tam bliżej niż dalej, a w dodatku prowadzi tam autostrada, po której można jechać z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę, stanowiąc tym samym jedno z niewielu miejsc na tej wyspie, gdzie można legalnie zrobić coś takiego. Ale jakoś się nie wybrałem.

Kiedy indziej chciałem pojechać tam, żeby kupić wzmacniacz gitarowy, który wedle moich ustaleń kosztował w Belfaście o sto pięćdziesiąt euro taniej niż u nas, toteż przyszło mi do głowy, że połączę przyjemne z pożytecznym, bo nie dość, że kupię sobie sprzęt marzeń, to jeszcze wybiorę się na fajną wycieczkę, wykorzystując w tym celu zaoszczędzone pieniądze; będzie więc i biznesowo, i hobbystycznie, i turystycznie. No i zostawiłbym tam kilka setek euro, nie inaczej.
No właśnie, wybierałem się też do Belfastu turystycznie. Od lat mnie kusił jakiś długi weekend w tym mieście, albo i nawet parę dni dłużej. Myślałem wybrać się tam z całą rodziną, wynająć fajny pokój w jakimś lepszym hotelu, połazić po lokalnych restauracjach, odwiedzić muzeum Titanica i porobić zdjęcia legendarnych murali, o których byłem przekonany, że są już tylko reliktem trudnej przeszłości. Chciałem też zrobić prezent synowi, który jak każdy mały chłopiec jest wielbicielem kolei żelaznych, i zabrać go do miejscowego muzeum kolejnictwa, które podobno jest naprawdę imponujące i składa się z całego minimiasteczka kolejowego, pełnego nie tylko starych pociągów i tramwajów, ale całych instalacji z torami, stacjami i innymi atrakcjami. Chciałem przekonać się, czy to wszystko prawda i zrobić małemu frajdę, by miał fajne wspomnienie z dzieciństwa, kiedy już przestaną go interesować ciuchcie i przestawi się na dziewczyny, samochody oraz inne atrakcje.

Oprócz tego miałem zamiar odwiedzić tamtejszą prowincję, pojeździć po lokalnych drogach, poznać ludzi, a jako lingwista amator oswoić się z ich akcentem, którego echa docierają do mnie śladowo na południu i który wydaje mi się naprawdę interesujący. No i znając siebie i swoją wakacyjną rozrzutność, którą zatrzymuję wyłącznie na okresy urlopowe, przez taki, dajmy na to, tydzień w Belfaście i okolicach, zostawiłbym tam pewnie z tysiąc euro, albo pewnie i półtora. Chciałem nawet namówić na taki wyjazd kilkoro znajomych, byśmy pojechali wszyscy w trzy albo i cztery samochody, razem odwiedzili wszystkie te miejsca, i rzecz jasna razem wydali co najmniej kilka tysięcy.

Jeszcze do niedawna plany tej wycieczki były coraz bardziej realne, ale silny marketing turystyczny Irlandii Północnej ostatecznie przekonał mnie, żebym raczej skłonny był zostawić wszystkie te pieniądze na południu, a jeśli chcę zwiedzić irlandzką prowincję, pojadę raczej do County Clare, choć raz już tam byłem, i pokażę rodzinie klify Moher. Jest możliwość, że mieszkańcy County Clare, u których wynajmę pokój w "bed and breakfast", nie spalą mi z tej okazji samochodu. Aha, no i wzmacniacz kupiłem sobie w Dublinie, od Irlandczyka, w sklepie pełnym innych Irlandczyków. Nikt nie chciał mnie z tej okazji poturbować, nikt mnie nie wyzywał od Polaków i wyszedłem ze sklepu po godzinie, uciąwszy sobie przydługą gadkę o muzyce.

Szkoda, naprawdę szkoda. Odpuszczę sobie przy tym wszelkie dywagacje natury politycznej albo historycznej, bo oba aspekty są oczywiste, były wałkowane w mediach na dziesiątą stronę, a ja tradycyjnie trzymam się z daleka od polityki. Szkoda jest mi nie tyle siebie i swoich planów, co samego Belfastu. Z pewnością mieszkają tam ludzie, którzy chcieliby żyć w pokoju, przyjmować turystów, koegzystować z innymi kulturami, chcieliby, żeby ich miasto było otwarte na świat i żeby jego nazwa już raz na zawsze przestała kojarzyć się z przemocą. Szkoda mi ich, bo coś mi podpowiada, że ich marzenia nie spełnią się za szybko.
Za naszych po tamtej stronie trzymam kciuki, bo niewiele więcej mogę; obyście w jak największej liczbie przetrwali na tej obczyźnie bez szwanku. Na długi weekend przyjedźcie do Dublina. Może będzie drożej, ale przynajmniej będzie spokojnie. I miejmy wszyscy nadzieję, że to się nie zmieni.