Pierwszy krok w chmurach

Utworzone: czwartek, 14 czerwca 2012 Źródło: Łukasz Ślipko

Ledwo ucichły odgłosy liczenia kart referendalnych, a już premier Enda Kenny złapał za telefon i obdzwonił większość przywódców europejskich, żeby obwieścić triumf rozsądku irlandzkiej opinii publicznej. 31-ego maja w referendum nad Paktem Stabilizacyjnym (Stability Treaty) Irlandczycy zagłosowali na "tak". Co w praktyce oznacza ratyfikacja tego traktatu? Dla rządu - konieczność zwiększenia dyscypliny budżetowej i czapkowanie przed Brukselą; dla obywateli - jeszcze więcej wyrzeczeń, potu i łez.

Można się zastanawiać, jak to w ogóle było możliwe? Jak u licha udało się przekonać naród, z którego nie można ściągnąć household charge w wysokości 100 euro (ze spodziewanych z tego tytułu 180 milionów euro do kasy państwa wpłynęło na razie około 100) i który regularnie pikietuje na ulicach na każdą wzmiankę o instalacji wodomierzy, do tego, żeby zaaplikował sam sobie jeszcze większą dawkę gorzkiego lekarstwa, mającego naprawić irlandzkie finanse?

Irlandzka ekipa rządząca wyciągnęła lekcję z pierwszego głosowania nad Traktatem Lizbońskim, który przepadł głównie dlatego, że decydenci nie uznali za stosowne skomunikować się z opinią publiczną i wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi. Traktat odrzucono nie z powodu słuszności argumentów strony przeciwnej, ale z powodu arogancji urzędników, którym się wydawało, że mogą bez końca jechać na koniku pro-europejskich sympatii i w ciemno podsuwać obywatelom do przegłosowania dowolny świstek papieru, jeżeli tylko widnieje na nim stempel Unii Europejskiej. Tym razem niczego nie zostawiono przypadkowi i wszystkie siły polityczne popierające Stability Treaty dwoiły się i troiły wykorzystując do maksimum przyznany im czas antenowy. Takie podejście przyniosło sukces i pokazało także, że Irlandczycy są w stanie nie ulec zbiorowej histerii, nakręcanej przez środowiska opozycyjne (głównie zresztą dla celów wizerunkowo-przedwyborczych) i wziąć odpowiedzialność za państwo w swoje ręce, jeżeli da się im taką możliwość i wytłumaczy dokładnie za czym i po co głosują.

Irlandzki rząd coś wygrał i zarazem coś przegrał. Wygrał, bo udało mu się jakimś cudem przekonać swoich niechętnych obywateli do zagłosowania na coś, co przyniesie im zaciskanie już i tak zaciśniętego pasa, bez gwarancji rezultatu innego, niż tylko odwleczenie finansowej katastrofy. To był prawdziwy sukces. Rząd poległ natomiast w próbie przekazania tej informacji klasie robotniczej, która za sprawą agitacji United Left Alliance (koalicja partii lewicowych) oraz Sinn Fein zagłosowała zdecydowanie na "nie". Na "tak" była klasa średnia oraz, co może zaskakiwać - irlandzka wieś. (chciałoby się tutaj pomyśleć o chłopskim "zdrowym rozsądku", ale pewnie chodziło raczej o, wchodzące w grę, unijne fundusze). Ten rozdźwięk dał razu podstawy do dzikich spekulacji jakoby szykowała nam się w Irlandii nowa wojna klasowa.

Mniejsza jednak o irlandzkie wojny klasowe: teraz gra toczy się o coś zupełnie innego; o znacznie większą, aniżeli irlandzka, świeczkę. O świeczkę europejską.

Dlaczego doszło w ogóle do kryzysu euro? Można wymieniać tutaj różne przyczyny, ale najbardziej fundamentalny powód jest taki, że kryzys taki po prostu musiał się w pewnym momencie wydarzyć w strefie, która posługuje się jedną walutą, nie posiadając przy tym ujednoliconego systemu fiskalnego. I tutaj - jak by to mogła powiedzieć Angela Merkel - "liegt der Hund begraben" (leży pies pogrzebany). Unia Europejska nigdy nie była projektem, który przewidywałby taką możliwość. Konsolidacja na poziomie fiskalnym była niejako wpisana w jej filozofię, chociaż nie wszyscy chcieli (a niektórzy nadal nie chcą) sobie tego uświadomić. Projekt wspólnej waluty nigdy nie miał szansy się powieść bez wspólnej europejskiej polityki fiskalnej z tego samego powodu, dla którego nie przewidziano dla nikogo żadnej klauzuli wyjścia z niego. Unia Europejska nigdy nie miała być żadną Europą Ojczyzn -jak lubią to sobie wyobrażać konserwatywnie zorientowani politycy. To od początku był projekt, który miał nas doprowadzić do jakiejś formy europejskiej federacji.

Brzmi to wszystko jak spiskowa teoria dziejów rodem z powieści Dana Browna, ale prawda jest taka, że obecny kryzys jest kluczem do unifikacji. W pewnym momencie (i ten moment jest tuż, tuż) politycy będą musieli zejść z płotu i zdecydować się, czy chcą dalej ciągnąć ten wóz, czy też zepchnąć go w przepaść. Nie jest to właściwie żaden wybór.

Angela Merkel już wybrała integrację. Fakt, że wygraża Grekom palcem i ostrzega, że nie będzie więcej bailoutu za pieniądze niemieckiego podatnika jest tak samo realny jak groźby Greków, że wyjdą ze strefy euro. Reperkusje takiej decyzji byłyby dla wszystkich ekonomicznie i politycznie tak katastrofalne, że Niemcy nigdy do tego nie dopuszczą, nawet gdyby mieli taczkami dowozić pieniądze do Aten.

Stoi za tym wszystkim pewna logika: Niemcy uważają, że skoro mają ciągle płacić, powinni mieć również większą kontrolę, chociażby po to, żeby móc zapobiec przyszłym kryzysom, stąd presja w kierunku zunifikowanej polityki fiskalnej.

To jednak dopiero pierwszy krok w przyszłość. Przyjęcie traktatu fiskalnego w zamian za dostęp do funduszu stabilizacyjnego, który przyjdzie z pomocą bankrutującym państwom (mniejsza o Grecję, za moment trzeba będzie ratować Hiszpanię) Potem przyjdzie kolej na ściślejszą integrację fiskalną ze scentralizowanym (w Brukseli) zarządzaniem budżetami i podatkami państw członkowskich oraz wypuszczenie euro-obligacji, które teoretycznie byłyby w stanie pokryć długi niewypłacalnych członków strefy euro. Następnie reforma konstytucyjna, oddająca w ręce Parlamentu Europejskiego (po raz pierwszy) realną władzę, zmieniająca Komisję Europejską w prawdziwy rząd EU.

Nasz minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który ma talent do tyleż doniosłych, co kontrowersyjnych wypowiedzi, miał okazję być pierwszym polskim politykiem, który w Berlinie powiedział, że bardziej obawia się niemocy Niemiec w Europie, aniżeli ich dominacji. Być może zupełnie nieświadomie wypowiedział słowa zgoła prorocze.

My, Polacy, jesteśmy w tej komfortowej, czy niekomfortowej sytuacji, że nie będąc członkiem euro niewiele mamy w tej kwestii do powiedzenia. Właściwie możemy siedzieć z założonymi rękami i czekać, co zrobią inni.

Jednak nie wszyscy będą siedzieć z założonymi rękami. Przy całej sympatii do Ameryki, musimy zdawać sobie jednak sprawę, że żadna ekipa w Białym Domu, czy to Republikanie czy Demokraci, nie będą patrzeć przychylnym okiem na prospekt Stanów Zjednoczonych Europy z tego prostego powodu, że pojawienie się tak silnego gracza na arenie międzynarodowej przyczyniłoby się do pogłębienia wielobiegunowości politycznej naszego współczesnego świata. Więc będą nas do tego zniechęcać, starając się zepchnąć w niepamięć anegdoty w stylu tej autorstwa Kissingera: "Do kogo mam zadzwonić, jeżeli chcę zadzwonić do Europy". (Who do I call if I want to call Europe?) Mogą się mocno zdziwić, kiedy pewnego dnia dostaną ten numer.

Zatem: integracja czy dezintegracja? Za chwilę Europa znajdzie się w punkcie, w którym trzeba będzie zdecydować się na jakiś kurs. Półśrodki nie będą już dłużej działać. Co to oznacza? Że być może staniemy niebawem przed następującym wyborem: cała naprzód w stronę europejskiego federalizmu i stworzenie super-państwa Europa lub kasacja całego projektu. Pierwszy prospekt jest niepokojący - drugi: zupełnie przerażający.

Zatem być może jest właściwie tak, że nie mamy żadnego innego wyboru, niż tylko rzucić się w tę nieznaną przyszłość. Być może na tym etapie jedyny wybór jaki pozostał państwom europejskim jest następujący: mogą wierzgać i kopać albo iść do przodu z podniesionym czołem. Jak napisał klasyk: los chętnych prowadzi, niechętnych - wlecze.