reklama

Arrivals and Departures

Wtorek, 17 Kwiecień 2012

Za szklanymi ścianami Shipholu padał deszcz. Wypłynąłem z wnętrza KLMowego Boeinga razem z rzeką innych niewyspanych pasażerów. Dochodziła 9 rano. Mogłem wskoczyć do autobusu, który zawiózłby mnie prosto na mój connecting flight , ale ja miałem czas i wolałem przemierzyć na piechotę ten ogromny terminal w kształcie półksiężyca, z jego zgiełkiem, sprzedawczyniami tulipanowych ziaren, straganami pełnymi brył białej czekolady i kręcącymi się bez sensu turystami.

Tłum ludzi pełznął przede mną jak podczas wielkanocnej procesji. Chciałem ich pogonić, kopać w te tłuste holenderskie tyłki, żeby przemieszczali się żwawiej. Nie, żeby mi się spieszyło, ale szybki marsz sprawiał mi radość. Dzięki niemu czułem, że żyję.
Zrównałem się z grupą młodych, odzianych w jaskrawo kolorowe outfity Nike i Adidasa. Ci poruszali się szybko, tak jak lubiłem. Zerknęli podejrzliwie na mój płaszcz i torbę, jakbym swoim wyglądem zakłócił ich ziomalskie wibracje, jakbym był "too school for cool".

Mój niewyspany umysł odpłynął w przeszłość. Przypomniałem sobie Jennifer Maguire z Republic of Telly pytającą londyńskich projektantów mody o to, czy kupują w Penny's, i było to tak jakby ktoś zapytał Ewę Minge, czy ubiera się na Stadionie Dziesięciolecia.
Pomyślałem, że mógłbym tu zamieszkać. To znaczy, nie na samym lotnisku, ale gdzieś pomiędzy lotniskami. Ten bezustanny ruch i transfer mogłyby być wszystkim, co znam. Moje życie stałoby się moją praca, a praca - życiem. Gdzieś pomiędzy terminalami znalazłbym żonę, a jeden z idących obok mnie dresiarzy byłby ojcem chrzestnym naszego dziecka.

O pierwszej w nocy patrzyłem w mrok na pędzące na złamanie karku taksówki, wiozące swoich pasażerów autostradą prosto do piekła. Warszawa była czarna jakby pokryta grubą warstwą smoły, na którą powoli spadały wirujące płatki śniegu.
Spoglądałem na to wszystko 13-tego piętra mojego pokoju w jednym z najbardziej reprezentacyjnych hoteli w mieście. Przypomniał mi się slogan reklamowy, który kiedyś widziałem w jakimś magazynie: "Once you've reached the top - enjoy the view". Ale ja nie byłem na żadnym szczycie. Byłem tylko szeregowym pracownikiem dużej amerykańskiej firmy, której kaprys wysłał mnie w tę ciemną, warszawską noc, po to żebym mógł spoglądać z okna na padający śnieg i smakować samotność na równi z piwem z hotelowego mini-baru.
Dotarłem do biura wcześnie rano, zanim jeszcze pojawili się inni. Była to szklana wieża, wieża z kości słoniowej, z panoramicznym widokiem na szare miasto, zasnute smogiem i późnozimową mgłą. Zrobiłem sobie kawy i czekałem na bieg wydarzeń. Z wolna zaczęli się chodzić pierwsi ziewający koledzy.

Byłem w homogenicznej Polsce, gdzie Indianie ciągle jeszcze występowali przede wszystkim w komiksach ,a ja zdążyłem już przywyknąć już do międzynarodowego charakteru mojego miejsca pracy. Będąc u siebie, zawsze z fascynacją patrzyłem na Włochów, którzy w toalecie zapamiętale szorowali zęby, nie zważając na to, że tuż za ich plecami jakiś Niemiec leje do pisuaru.
Usiadłem przy opuszczonym biurku i czekałem na audiencję. Znałem większość ludzi z rozmów telefonicznych i teraz, rozglądając się niespiesznie próbowałem przypisać twarze do znanych mi głosów.

W aneksie nieopodal kłócili się dwaj inżynierowie. Nie widziałem ich, słyszałem jedynie podniesione głosy.
"To nie po chrześcijańsku!" - krzyczał jeden.
"A jak jest po chrześcijańsku?"
"Po chrześcijańsku to klient powinien dostać klucz do licencji i sam sobie zrobić dobrze".
Wyobraziłem sobie podobną rozmowę w innej siedzibie naszej firmy - gdzieś na Bliskim Wschodzie. Czy tam byłoby to nie "po muzułmańsku"? Uśmiechnąłem się do tej myśli.

Nasz szef regionu miał dziwaczny zwyczaj posługiwania się cytatami z "Misia", graniczący zresztą z obsesją. Kiedy dzwoniła do niego A. z Monachium, domagając się wyjaśnień na temat deali, które przesunęły się na następny kwartał, mówił "Kaziu - daj spokój". Swoje zdanie podczas zespołowych narad podkreślał waląc pięścią w stół i krzycząc: "ja tu jestem kierownikiem tej szatni!" a "wdzwaniając się" w telekonferencję z amerykańskim managementem zaczynał od słów: "halo! Będzie rozmowa międzynarodowa! Z Londynu!".
Więc tak to wyglądało. Facet, który był na wyżynach, zarabiał 10-krotność polskiej średniej krajowej mentalnie tkwił w tej dawno minionej epoce. W każdym razie tkwił w niej sentymentalnie.

W jakimś sensie potrafiłem to zrozumieć, tak samo jak rozumiałem nostalgię pokolenia moich rodziców za tą epoką kamienia łupanego naszej pamięci. Było byle jak i biednie, ale reguły społeczne były jasno określone i każdy wiedział co ma robić, a w zasadzie, czego ma nie robić. Nikt się nie spodziewał niczego dobrego po swoim kraju i dzięki temu nigdy nie mogło go spotkać rozczarowanie. Do tego młodość, pierwsze miłości przy świetle księżyca, który pozostawał czarująco apolityczny i winie z bratniego kraju. Teraz nic nie było jasne ani łatwe. Każdy był kowalem własnego losu i niektórym nieznośnie ciążył ten młot, który musieli dźwigać. Każdy nowy dzień był dla nich stąpaniem po kruchym lodzie i spoglądaniem w przepaść samodzielności. Mogli polegać tylko na sobie. Nie mieli prawa do niczego, co im się nie należało.
P. wtoczył się przez drzwi, dźwigając swojego Macbooka Pro tak jakby był komiwojażerem z walizką pełną cudotwórczych maści. P. był moim partnerem w zbrodni. Któregoś dnia mogliśmy być razem jak Butch Cassidy i Sundance Kid handlu technologiami IT.
- Ile lat siedzisz już w tej Irlandii? - spytał, kiedy już rozsiadł się niczym w loży.
Odpowiedziałem.
- Pojebało Cię - powiedział, patrząc mi prosto w oczy.

Przez trwającą wieczność sekundę widziałem w wyobraźni swoją pięść lądującą na jego kwadratowym nosie. Odpuściłem i pozwoliłem, żeby czerwona mgła zniknęła mi sprzed oczu. Miałem rację.
P. uśmiechnął się szeroko i rozciągnął w swoim fotelu jakby był tłustym kotem z Wall Street.
Przez dwadzieścia lat mieszkałem w Australii - powiedział - kręciłem się w te i we w te, nie wiedząc gdzie jest moje miejsce. I zawsze chciałem wrócić do tego naszego brudu, syfu i chamstwa - i zawsze też chciałem od niego uciec. Na koniec świata.
W tym momencie poczułem jak wzruszenie chwyta mnie za gardło. Chciałem podejść i uściskać jego wielorybie cielsko. Był stąd i stamtąd. Był również skądinąd. Był moim bratem. Był jednym z nas.

Najnowszy numer
Wrzesień 2020 (128)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty