reklama

Z Januszem Panasewiczem rozmawia Tomek Wybranowski

Wtorek, 14 Kwiecień 2015

Tomasz Wybranowski: 17 kwietnia pojawicie się w klubie The Opium Rooms w Dublinie, to Wasza druga wizyta w Irlandii. Jakie są Wasze oczekiwania i nadzieje?
Janusz Panasewicz: Ja bardzo dobrze wspominam poprzedni koncert w Irlandii, szczególnie Dublin - dobrze się tam czułem. Spotkałem kilku znajomych, których znałem jeszcze z Polski. Trochę się powłóczyliśmy - fajne miasto. Cieszę się na ten przyjazd. Lubię grać w takich miejscach, zwłaszcza że często gramy duże koncerty, a tu jest taki kameralny klub. Kluby są takim miejscem, gdzie jesteś blisko z ludźmi - to stwarza niepowtarzalną atmosferę.
TW: Janusz, rozmawialiśmy sobie tuż po wydaniu płyty "Nana", w połowie lat dziewięćdziesiątych w nieistniejącym już Radio Top w Lublinie, à propos tekstów. Powiedziałem wtedy i wciąż podtrzymuję to zdanie, że dla mnie jednym z ważniejszych tekstów związanych z grupą Lady Pank, obok "Sztuki latania" - tekstu Andrzeja Mogielnickiego, jest utwór "Młode orły". Zapytałem Cię wtedy, czy wreszcie przełamiesz się i będziesz pisał swoje słowa do muzyki Janka dla grupy Lady Pank. Odpowiedziałeś, że myślisz o prostej formie, która może bez żadnych ograniczeń trafić w sumienie i skupienie ludzi. Jak się czujesz teraz jako osoba, która też wyśpiewuje swoje metafory?
JP: To nie jest łatwe: to jest tak, że wydaje Ci się, że jest OK, a potem nie jesteś zadowolony. Ja dostaję muzykę i piszę do niej to, co czuję. To się czasami sprawdza, a czasami nie. Ja takie katusze przechodzę przy tym dlatego, że nie stać mnie na napisanie niebanalnego, prostego tekstu. Mogę to fajnie zaśpiewać, zinterpretować. Gdy piszę sam, to się z tym męczę. Chciałbym to powiedzieć w sposób zwyczajny, a później dochodzi do tego, czy to się nadaje do radia.
Teksty mają być radiowe, a ja nigdy nie wiem, co to znaczy "radiowe". Mówią: "Mógłbyś zrobić piosenkę radiową", a ja nie wiem, co to znaczy "piosenka radiowa". Według mnie to jest taka, która się podoba kierownikowi radia (śmiech).
Jest tak dużo różnych gustów. To nie jest dla mnie łatwe, ale się staram. Ostatnio rozmawiałem z Robertem Gawlińskim, pewnie będzie reedycja mojej płyty, w związku z tym tam będzie zawarty koncert z Trójki. Gramy za miesiąc na Myśliwieckiej, oprócz tego będą 3 lub 4 dodatkowe numery, które zrobił Robert Gawliński - świetny muzyk. Robert mówi: "Panas, jest cudownie, tylko musisz tak pisać, żeby to się skleiło". Ale jak to zrobić?

TW: Prawie 4 lata minęły od ukazania się ostatniego studyjnego krążka Lady Pank: "Maraton". Wiem, że przygotowujecie się do realizacji kolejnego albumu z oklaskami, płyty life. Czy możemy powoli mówić o przecieraniu szlaków przed kolejnymi nagraniami studyjnymi Lady Pank? Szykujecie coś z Jankiem?
JP: Absolutnie tak. Mieliśmy w tym roku wydawać płytę studyjną. Jest już trochę kompozycji - dużo fajnych rzeczy się dzieje i w melodyce i rytmicznie. Graliśmy w ubiegłym roku koncerty akustyczne i ktoś namówił nas do nagrania płyty akustycznie, ale tak czy inaczej, myślimy, żeby jeszcze w tym roku wejść do studia. Sądzę, że na wiosnę przyszłego roku będzie nowa studyjna płyta z oryginalnymi, świeżymi utworami.

TW: Zawsze mieliście dobrą rękę do znakomitych tekściarzy. Andrzej Mogielnicki - popularny Mogiel, później śp. Jacek Skubikowski, niezwykła płyta "Tacy sami" wydana za Wielką Wodą, gdzie pojawiają się teksty Zbyszka Hołdysa i śp. Grzegorza Ciechowskiego. Później ty pisałeś teksty i pojawiał się Bogdan Olewicz. Czy tym razem Ty będziesz pisał, czy zaprosicie kogoś do współpracy?
JP: Nie umiem w tej chwili powiedzieć. Pewnie będę pisał, ale się nie odżegnuję od tego, aby kogoś zaprosić. Ja się nie upieram i nie jestem zazdrosny o tekst, uważam, że dla dobra piosenki, płyty trzeba to wziąć pod uwagę i kompletnie mi nie przeszkadza, że słowa napisze ktoś inny. Podejrzewam, że może by
tak jak na płycie "Maraton", ale może też być inaczej.

TW: Kiedyś gdy rozmawialiśmy o miejscach ukochanych, powiedziałeś, że wracasz myślami do Olecka, bo w takich małych miejscowościach ludzie mają dobre, fajne charaktery i proste zasady: tam jest honor, przyzwoitość, uczciwość, a w tych dużych metropoliach różnie z tym bywa. Podtrzymujesz to zdanie?
JP: Nie jest tak, że w dużych miastach ludzie nie mają tego, co w małych, tylko że w małych miejscowościach ja to bardziej widzę, może przez to, że ludzie są mniej anonimowi. Duże miasta powodują anonimowość. Czasem jestem przerażony tym, czym się ludzie zachwycają, co jest dla nich ważne. Nie wiem, czy to ja się starzeję, czy świat stał się inny. Boję się, że dobre wartości, dobre rzeczy w dziedzinie kultury, takie które miały piętno szlachetności czy artyzmu gdzieś schodzą na plan dalszy i zostaje nijaka równość, która mnie przeraża. Wracając do Twojego pytania. Jestem w Przemyślu, przed chwilą poszedłem do apteki, wchodzę, a jakiś pan stoi z żoną i pyta, czy mogę mu się podpisać na klacie. Ci ludzie są tak zwyczajni, że ja po prostu się uśmiecham. Stoimy w aptece, on wypina klatę - hello! - takich rzeczy raczej w dużych miastach nie widzisz i to jest fajne.

TW: Dorota Kędzierzawska, film "Nic" i Twoja niezwykła rola. Niektórzy obawiali się, czy to udźwigniesz - okazało się, że stworzyłeś niesamowitą rolę. Jak to wspominasz, myślisz o tym, żeby poromansować jeszcze z X muzą?
JP: Ten czas był dla mnie czasem pokory, nauki, cierpliwości. Film był kręcony ponad 12 lat temu, ja już byłem wtedy znanym muzykiem, wiedziałem o co chodzi w tym biznesie, natomiast spotkanie z takimi ludźmi jak Dorota, jej mąż, ale też z niezwykłą kobietą, która niedawno obchodziła setne urodziny - Danutą Szaflarską, a potem wyjazd na festiwal do Gdyni i powrót pociągiem - wszystko to było niesamowitym przeżyciem. Ja cały czas jestem w kontakcie z Dorotą, i widzę co ona dalej robi. Teraz gdy Polacy dostali Oskara - Pawlikowski za "Idę", to sobie to wszystko uzmysławiam, bo wiem, jak to się robi, ileż trzeba cierpliwości, czekania na ujęcia. Przypominają mi się te fajne rzeczy, które mnie wiele nauczyły. I nigdy nie będę tego żałował.

TW: Jak oceniasz naszą emigrację? Powiedziałeś kiedyś, że jesteś człowiekiem, który z jednej strony nie mógłby mieszkać na emigracji, bo czujesz się związany wszystkimi nerwami z Polską, a z drugiej strony patrząc na nas w Dublinie, jesteś dumny z młodych ludzi, którzy potrafią dobrze pracować, o których Irlandczycy mają dobre opinie.
JP: Ja bym chciał, żeby ludzie mieszkali w Polsce, ale w emigracji nie tylko o pieniądze chodzi. Oczywiście chciałbym, żeby ludzie w kraju zarabiali więcej, bo przeciętni obywatele zarabiają zdecydowanie za mało. Ja wiem, że wielu wyjeżdża z powodów ekonomicznych, ale są i tacy, którzy emigrują, bo tam się dobrze czują. Nieraz przez politykę, żeby nie słuchać codziennych narzekań, kłótni. Ja szanuję tych ludzi. Sam byłem w takiej sytuacji; mieszkałem w USA sam przez 2 lata. Wiem jak to wygląda i tym bardziej mam szacunek i lubię tych ludzi obserwować. Bo jeśli jesteś dobrym człowiekiem, masz fajne serce, to Polska jest wszędzie, jeśli tylko umiesz z tego korzystać.

TW: Dzięki piękne Janusz, do zobaczenia na Szmaragdowej.

Najnowszy numer
Listopad 2020 (130)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty