reklama

Pani syn ma raka

Piątek, 17 Sierpień 2012

Relacja mamy, u której dziecka w wieku 2 lat zdiagnozowano raka. Sytuacja, której nikt się w życiu nie spodziewa, tak ciężka choroba zmienia życie nie tylko dziecka, ale całej rodziny. Teraz rodzice cieszą się z każdej chwili spędzonej z dzieckiem.

Nasz synek Kuba ma teraz 2 lata i 4 miesiące. Do tej pory był zdrowym i prawidłowo rozwijającym się chłopcem. Do momentu postawienia diagnozy dziecko chorowało tylko dwa razy - na infekcję dróg oddechowych. Na początku roku zapisaliśmy go do żłobka, nic nie wskazywało na to, że będzie coś nie tak... aż do pewnego feralnego dnia.

Pod koniec lutego zaczęło dziać się coś niepokojącego z Kubą. Nagle stracił apetyt, zaczął mniej pić. Nie miał temperatury i cały czas dopisywał mu humor, więc nie czułam specjalnego niepokoju. Jednak w ostatni piątek lutego, kiedy wróciliśmy ze żłobka zauważyłam u niego powiększony brzuszek. Dodatkowo pojawił się niepokojący brak apetytu i lekka biegunka , co wskazywało na wirus żołądkowy przyniesiony ze żłobka, tak w każdym razie sobie to wtedy tłumaczyłam... Jednak podczas weekendu zauważyłam u Kuby wyraźnie powiększone węzły chłonne na szyi. Już wtedy przeczuwałam , że coś złego się dzieje, ale nie miał nawet temperatury i normalnie się zachowywał, ale instynkt podpowiadał mi, że coś jest nie do końca w porządku .... W poniedziałek poszliśmy do lekarza, który zdiagnozował świnkę ,ale polecił następną konsultację i poradę u innego specjalisty. Już następnego dnia dostaliśmy skierowanie do szpitala w celu ustalenia występowania mało prawdopodobnych świnek. Mało prawdopodobnych: ponieważ Kuba przeszedł wszystkie szczepienia o czasie.

Pojawiły się pierwsze wątpliwości.... W szpitalu byliśmy późnym popołudniem. Po wykonaniu wstępnych badań krwi, przyjęto Kubę na oddział. Zakładanie drenów do kroplówek, robienie badań USG i RTG było dla nas szokiem. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze ,że to nic w porównaniu z tym, co miało jeszcze czekać naszego Kubę później . Po wstępnych badaniach nie ustalono ,co się dzieje z synkiem. Okazało się natomiast, że brzuszek był rzeczywiście powiększony za sprawą sporo powiększonych nerek. Miały wtedy 12,5 cm, czyli tyle co u 13 latka... W ciągu następnej godziny przewieziono nas karetką do szpitala Temple Street w Dublinie na oddział nefrologiczny. Tam czekał nas kolejny tydzień badań, prześwietleń, pobierań krwi, kroplówek,etc. Jednym słowem koszmar... żadna matka nie umie patrzeć bez bólu, kiedy bólu doznaje jej dziecko.. płacze razem z nim...

Tymczasem nasze dziecko puchło w oczach. Węzły chłonne i brzuszek powiększały się nadal . Najgorsze było to, że lekarze nie podawali mu żadnych leków, ponieważ nie wiedzieli jeszcze na co go leczyć. Czuliśmy się bezradni...Rozpoczął się czas desperacji, czas oczekiwań na niewiadome. W tym czasie Kuba był w niezłej - jak na całą sytuację, bawił się z nami, zdecydowanie mniej jadł i pił i oczywiście był bardzo przestraszony pobytem w szpitalu. Po tygodniu stwierdzono, że to nie nerki są przyczyną tego, co się dzieje w organizmie naszego synka i przetransportowano nas do szpitala w Crumlinie. Tam bardzo szybko zadecydowano o biopsji węzłów chłonnych.

Wyniki były dla nas szokiem. NASZ SYN MA RAKA,nie mogliśmy w to uwierzyć, późniejsze badanie komórek miało wykazać, z jakim rodzajem raka mamy do czynienia. Nasz wróg i największy przeciwnik okazał się chłoniakiem węzłów chłonnych Lymphoblastic Lymphoma T- cell. Powiedziano nam ,że obecnie istnieją bardzo dobre metody leczenia i ich wyniki są bardzo zadowalające, Nasz synek ma 80-90% szans na całkowite wyleczenie po 2 latach chemioterapii. Natychmiast rozpoczęto leczenie. Kuba spędził kilka dni na intensywnej terapii ,gdzie podłączono go go do maszyny dializującej . Niestety jego nerki nie nadążały z filtracją toksyn z rozbijających się komórek rakowych. Następnie rozpoczęto chemioterapię, która niestety powoduje wiele skutków ubocznych, zabijając komórki rakowe wraz z komórkami zdrowymi. Brak apetytu, nudności i wymioty, zatwardzenie, owrzodzenie ust, bolesność mięśni uniemożliwiająca chodzenie,utrata włosów,zmęczenie i senność to tylko niektóre z tych objawów...

W szpitalu spędziliśmy 3 tygodnie , przed wyjściem nauczono nas jak dbać o naszego synka w domu. Nakazano kontrolować temperaturę, gdyż podwyższona jest wskaźnikiem infekcji w organizmie. Gdy wróciliśmy do domu musieliśmy organizować życie na nowo. Byliśmy zmuszeni szybko zmienić dom, gdyż ten, w którym mieszkaliśmy do tej pory, okazał się zbyt wilgotny dla naszego synka. Po tygodniu spędzonym w domu Kuba dostał gorączki . O 2 nad ranem znowu jechaliśmy z nim do szpitala. Na szczęście Merci Hospital w Cork ma do dyspozycji mały oddział dla dzieci chorych na raka. Tym razem, na szczęście uniknęliśmy jazdy do Dublina. W szpitalu czekała Kubusia znowu seria badań. Stwierdzono, że Kubę zaatakowała zwykła bakteria skórna. Taka, która żyje na skórze każdego człowieka, w każdym razie jest nieszkodliwa dla zdrowego dziecka. Kuba został bezzwłocznie przyjęty na oddział i zaczęto podawać mu antybiotyki dożylnie. Niestety ,w ciągu tygodnia naszemu synkowi znacznie się pogorszyło . Infekcje takie są najczęstszą przyczyną zgonów ludzi chorych na raka. Reakcji nie powoduje sam rak, ale chemioterapia, która ma go pokonać, a tak naprawdę wyniszczenie organizmu, która jest jej nieodzownym skutkiem. I znowu....

W Wielkanocny Poniedziałek Kuba w stanie krytycznym został w błyskawicznym tempie przewieziony na oddział intensywnej terapii do Dublina. Tam rozpoczął się kolejny koszmar- trwający bagatela... 5 tygodni. W pierwszej dobie podłączono synkowi ok. 20 różnych urządzeń tj.: kroplówek i przewodów kontrolujących funkcje organizmu. W końcu podłączono go do rury intubacyjnej. Maszyna oddychała za niego, ponieważ samo oddychanie okazało się dla jego serca zbyt dużym obciążeniem. W końcu wprowadzono go w stan śpiączki farmakologicznej. Przez ponad 2 tygodnie słyszeliśmy tylko szum respiratora oraz urządzenia alarmujące o konieczności podłączenia kolejnego antybiotyku. Pomimo podawania "odpowiednich" leków, funkcje wątroby pogarszały się, wysoka gorączka wskazywała na rozwijającą się wciąż infekcję. Wreszcie po 2 tygodniach znaleziono przyczynę : inna infekcja grzybicza. Po zastosowaniu odpowiednich leków wreszcie stan Kuby zaczął się powoli poprawiać. To jakby słońce wzeszło na nowo, a nadzieja w nasze serca...Po kolejnych trzech tygodniach przeniesiono nas na zwykły oddział. Na tym etapie synek miał problemy z ciśnieniem, karmiony był wciąż dożylnie. Był taki słaby, że musieliśmy trzymać mu główkę jak noworodkowi. Przez kolejne 5 tygodni Kuba dochodził do siebie. W połowie czerwca wypuszczono nas do domu. Tym razem w szpitalu spędziliśmy 11 tygodni.

Minęły 2 miesiące. Jeździmy z Kubą na chemioterapię do Cork i Dublina. Większość leków, na szczęście ,może być podawana w Cork, do Dublina musimy jeździć co 3 tygodnie. Pozostało jeszcze 20 miesięcy leczenia. Nasz Kuba jeszcze dzisiaj nie je, obecnie ma rurkę poprowadzoną przez nosek do żołądka, codziennie wieczorem podłączamy pompę i karmimy go prosto do żołądka za pomocą specjalnego preparatu. Do tego co godzinę "wlewamy" w niego 60 ml wody. Odpowiednie nawodnienie jest bardzo ważne, aby "wypłukiwać" chemię z organizmu. Do tego dochodzą leki , które regularnie aplikujemy. Nasz Kuba jeszcze nie chodzi ,ale robi duże postępy. Potrafi już sam ześlizgiwać się z kanapy i na czworakach podejść do pudła z zabawkami. Tydzień temu urodziłam córeczkę, teraz mamy dwoje dzieci, które wymagają stałej opieki. Kuba ma swoje lepsze i gorsze dni. W te gorsze- dużo płacze i mówi ,że coś go boli, wtedy rzecz jasna więcej śpi. W lepsze dopisuje mu apetyt, potrafi zjeść parę truskawek albo.... plaster żółtego sera. Pewnie w innej sytuacji załamywalibyśmy ręce, wciąż pytając dlaczego akurat nasz synek?.... Ale jesteśmy najszczęśliwszymi rodzicami na świecie, ponieważ Kuba jest z nami...

Agnieszka Kubiak

agneskakubiak@wp.pl

Od Redakcji:

Możesz pomóc Kubusiowi, wpłacając datki na konto:

Agnieszka Kubiak

Bank AIB

Nr. Konta: 11336072

Sort Code: 93-43-13

Najnowszy numer
Listopad 2020 (130)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty