PASTISZ W BIAŁYCH RĘKAWICZKACH - wywiad z Marcinem Dańcem

Kategorie: Qltura
Utworzone: wtorek, 12 marca 2019 Autor: Joanna Karwecka

W tym roku będzie obchodził swój 40-letni jubileusz sceniczny. Znany z postaci Marcinka, Ignacego, Kibica i Górala, a ostatnio coraz częściej eleganckiego stand-upera, chociaż jego koledzy nie przyznają mu tego tytułu - nie przeklina. Marcin Daniec opowiada o tym, jak przewidział brexit, i o tym, jak się robi kabaret obiektywny.

Bardzo dobrze pamiętam Pana telewizyjne show "Marzenia Marcina Dańca".
Wspominając o moich "Marzeniach", uderza Pani w najczulszą strunę. Uwielbiałem ten program. Ale żeby Pani udowodnić moją skromność - robiłem świadomie jedne "Marzenia" w roku. Więc jak to przeczyta chociaż jeden złośliwiec, to niech pomyśli: "No proszę, a ja myślałem, że się pchał!". Ilość powtórek sprawiała wrażenie, że mnie pełno. Niepotrzebnie tłumaczę się, bo to przecież widzowie domagali się ich! "Marzeniami" przestała się jednak interesować poprzednia ekipa telewizyjna. Żeby nie było już wszystko na "pisiorów".

Skąd wzięły się "Marzenia Marcina Dańca"?
Nina Terentiew przyszła na mój recital w teatrze Komedia w Warszawie. Bo ja przecież nie wziąłem się z chmur! Wcześniej występowałem w Wałach Jagiellońskich. Tam się nauczyłem grać dla dużej, kilkutysięcznej publiczności. Potem była wieloletnia przygoda z Janem Pietrzakiem i z wielkimi nazwiskami. Zawsze mówiłem, że granie z Fronczewskim, Pszoniakiem, Gajosem, Krysią Sienkiewicz to więcej niż zwykłe zarabianie pieniędzy. Z ogromną satysfakcją do tego wracam. No i w końcu zacząłem występy dosłownie i w przenośni na swój rachunek. Ale wróćmy do "Marzeń". Tytuł zrodził się stąd, że Terentiew po moim recitalu powiedziała: "Cokolwiek sobie chłopie wymarzysz, możesz to u mnie robić w telewizji".

I które z nich udało się spełnić?
Wtedy byłem jeszcze takim młodym Dańczykiem, więc zapraszałem wszystkich swoich idoli. Pamiętam, że kiedy byłem w liceum, to patrzyłem na Sienkiewicz i Wrzesińską, i modliłem się, żeby móc z nimi kiedyś wystąpić. A dzięki "Marzeniom" to się udało. Napisałem dla nich moją wersję "Balladyny", której nie zapomnę nigdy. Krysia grała Balladynę, a Basia Alinę. Ja grałem Kirkora. I mówię do nich: "No to idźcie w las dziewczyny, bowiem w lesie są maliny, która więcej malin zbierze, panicz Kirkor tę wybierze". A one na to razem: "Dawnoś nie był w naszych stronach, w Polsce soki są w kartonach!".
Pochwalę się Pani, że w moich ostatnich, 16 "Marzeniach" wykazałem się, przepraszam za nieskromność, sporym proroctwem. To było ponad 4 lata temu - zagrałem moją wersję "Emigrantów" Mrożka, z Czarkiem Pazurą. I jak u Mrożka, mieszkamy w "bejsmencie", jak u Mrożka jemy konserwy, które jak się potem okazało są dla psów. Nagle słyszymy, jak strażniczka miejska mówi: "Za parę godzin odlatuje wasz ostatni samolot do Londynu". I oni pytają przerażeni: "To którego dzisiaj mamy?". Padła tam chyba data 1 maja 2020, a strażniczka miejska dodała: "I kończy wam się właśnie wiza pobytowa w Polsce panowie... Anglicy".

Przewidział Pan brexit!
Nieskromnie powiem, że... tak!

Często zdarzały się Panu takie proroctwa?
Nie ma Pani na tyle czasu! Ale opowiem taką perłę. Zdarzyła się, kiedy nagrywałem jako jeszcze młodszy Dańczyk niż ten z "Marzeń", razem z Karolem Strasburgerem. Nie wiedzieliśmy, jak zabrać w trakcie nagrania mównicę. Po 20 minutach zastanawiania się, jak to zrobić, wymyśliliśmy, że Karol powie do kamery: "Nie będzie mi już nikt tu występował na tej mównicy". I proszę sobie wyobrazić, że na drugi dzień Wałęsa rozwiązał... parlament.

Skąd Pan czerpie tematy do programów?
Proszę to napisać większą czcionką, że zawsze robię programy o NAS. Nigdy o WAS! Dlatego jest tyle autoironii. Życie dostarcza ciągle tematów do kabaretu. Żaden kabareciarz by nie wymyślił, że podczas sejmowych komisji śledczych siadają goście po wyższych studiach, którzy byli ministrami, wiceministrami, premierami i każdy mówi: "Nie pamiętam", "Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie", "Nie wiem, czemu nie wiem".

Powiedział Pan ze sceny, że jest Pan artystą neutralnym i obiektywnym...
... i musi Pani dodać, że po tym tekście była salwa braw.

Była. Ale jak się robi teraz kabaret obiektywny? Bo przecież nie wiadomo, kto się trafi...
Prywatnie i na scenie mówię zawsze o tym, co mnie drażni, śmieszy, bawi i przeraża. I okazuje się, dość nieskromnie powiem, że widzowie nadają na bardzo podobnych do moich falach. A przy tym nigdy nikogo nie obrażam. Dzisiaj gdyby na widowni siedział Prezes, Premier czy Donaldino - żaden by się na pewno nie obraził. To jest pastisz w białych rękawiczkach, a nie machanie maczugą z kolcami.

Wspomniał Pan czasy młodego Dańczyka. Kogo Pan woli: tego Dańczyka, który marzył o występowaniu z idolami czy Dańca, który sam jest idolem.
Każdego Dańczyka lubię. Dawniej to było takie "dodrapywanie" i nabieranie pokory. Nie umiem Pani powiedzieć, jakbym się teraz zachowywał, gdyby te wszystkie splendory spłynęły na mnie, kiedy miałem 20 lat. A tymczasem rozbawię Panią, że nagrodę za debiut na Festiwalu w Opolu dostałem w wieku... 36 lat! Od pewnego czasu do Polski docierają z Zachodu programy telewizyjne, dzięki którym nie jest trudno zadebiutować w wieku 18 lat. Kiedy byłem bardzo młody, występowałem w wielu programach, ale bez udziału telewizji. Zawsze będę pamiętał przygodę z Estradą Krakowską, której dyrektorował nieodżałowany Włodek Gawroński. Zaprosił mnie, jeszcze młodszego Dańczyka, do programu, który prowadziła Krysia Roska, a występowali: Boguś Smoleń, Edyta Geppert, Janusz Rewiński i VOX. Oni już byli gwizdami. Byłem dumny, że dostawałem brawa nie gorsze niż oni. Ale nie ma mowy o żadnym fruwaniu w powietrzu, cały czas mocno chodzę po ziemi. Teraz czuję większą odpowiedzialność.

Czy inaczej się gra dla publiczności w Polsce, a inaczej dla Polonii? Inaczej się Pan przygotowuje?
Nigdy nie robię osobnego programu na Anglię, Stany czy Niemcy. Teraz ten świat zrobił się taki maciupeńki. Polonia wie więcej od Pana Boga i dużo wcześniej.

To fakt, jesteśmy na bieżąco.
To jest genialne. Chociaż chcę się Pani pożalić, że nie przekracza się już granic jak kiedyś, już się nie ślęczy... Powiedziałem córce, że tak kiedyś było przy wjeździe do każdego kraju. Bo ona już zapomniała, co to znaczy. Teraz mamy dokument i idziemy. Ale największej pokory nabiera się w Stanach. I tam zawsze mówię, żeby podlizać się publiczności, że stoisz przed żółtą kreską dłużej niż leciałeś.

Fragmenty wywiadu z Marcinem Dańcem przeprowadzonego po występie w Londynie przez Joannę Karwecką dla tygodnika "Cooltura".