Ulfhednar Hird Ireland

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: wtorek, 13 sierpnia 2019 Autor: Lord Kronikarz Ulfhednar

Ulfhednar Hird Ireland - pewnie większość z Was zastanawia się, co to za nazwa, kim są ci ludzie?

Już odpowiadam na nurtujące pytanie. Jesteśmy grupą przyjaciół połączonych wspólną pasją do historii. Tylko wiecie, nie taką historią, jaką mieliście bądź macie w szkole. My postawiliśmy na rekonstrukcję, wybrane ramy czasowe dotyczą wczesnego średniowiecza, konkretnie życia Wikingów oraz Słowian. Przychodząc na nasze eventy, można zobaczyć, jak w zamierzchłych czasach wyglądał obóz wikingów, jakie noszono stroje, uzbrojenie, generalnie wszystko, co dotyczyło wyżej wymienionej epoki.

Grupa powstała na początku roku 2018, obecnie liczy około 20 osób. Jesteśmy otwarci na ewentualnych nowych kandydatów, którzy zasilą szeregi naszego bractwa. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na nasz profil znajdujący się na Facebooku.

Całkiem niedawno nasi irlandzcy przyjaciele z jednej z podobnych grup zaprosili nas do Tralee na organizowany przez siebie event. Co zaś wydarzyło się w tym niezwykłym miejscu, znajdziecie w tekście poniżej. Zapraszam do lektury.

Góry wszędzie, piękne góry, zaś tuż obok położone jest Tralee. Niepozorne miasteczko, ale wiecie, takie z duszą. Byłem tam pierwszy raz w życiu, zaś pod jego wrażeniem pozostaję do tej pory. Nasz drakkar dotarł do celu w piątek wieczorem. Reszta załogi czekała na nas już na miejscu. Kojarzycie efekt slow motion? W takim stylu wysypaliśmy się z samochodu (starość nie bierze jeńców). Rozbicie obozu poszło całkiem sprawnie. Zorganizowanie strawy wymagało trochę zachodu. Miejscowe pastwiska zostały zamknięte wraz z ostatnim promieniem zachodzącego słońca. Jednak misję ukończyliśmy z sukcesem. Reszta wieczoru przebiegła na integracji wszystkich uczestników z poszczególnych grup. Prawdziwym przebojem były gumisie w wykonaniu Briann, jadłem je przez dwa dni (witaj nadwago). Walka... zgiełk, chaos, stosy pokonanych. Przemierzając pole bitwy z mieczem wyciągniętym ku górze, dziękując bogom wojny za zwycięstwo, doszedł mnie ledwo słyszalny szept: "Dlaczego mnie dobijasz? Ja jestem w twojej drużynie". W całym tym amoku chłopakom pomyliły się strony konfliktu, nastąpił tak zwany firendly fire (pół dnia mieliśmy z tego niezły ubaw). Ragnarok* też był dosyć ciekawy. Wszystko za sprawą jednej z młodszych członkiń Ulfhednar - Anastazji (pseudo "Kotecek"), która postanowiła zrobić niespodziankę w postaci balonów z wodą. Chyba nie muszę mówić, co się tam działo. Jak już tradycja nakazuje, wraz z Erickiem większość wolnego czasu spożytkowaliśmy, muzykując. Bardzo miłym akcentem było przyłączenie się do naszej wesołej kompanii dwóch białogłów. Aki, takie imię nosiła jedna z wyżej wspomnianych dziewcząt, usiadła obok nas, złapała jeden z instrumentów i zaczęła improwizować wraz z nami. Wszystko było tak spójne, jakbyśmy grali ze sobą od lat. Na sam koniec wieczoru postanowiła zaśpiewać i znów zbieraliśmy szczęki z ziemi (mamy nagranie wideo, brawo my!). Z wielkim zadowoleniem muszę przyznać, iż liczebność publiczności przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Organizatorzy spisali się doskonale. Wielkie dzięki Wam za wszystko! Prawdę mówiąc, żal było opuszczać Tralee. Czy wspominałem już o pogodzie? Była doskonała!

* Ragnarok jest konkurencją, w której uczestnicy tworzą krąg, na samym środku układając całą broń. Następnie wszyscy rozchodzą się na zewnętrzny promień kręgu. W tym czasie część sprzętu zostaje zabrana lub podmieniona na różne przypadkowe przedmioty, np.: widelec, cebula, wiadro. Generalnie wszystko, co znajdzie się w pobliżu. Na dany znak każdy biegnie do centrum koła, łapiąc, co mu wpadnie w ręce. Wtedy rozpoczyna się bitwa.

Tekst: Lord Kronikarz Ulfhednar