Zbliżając się do tajemnicy

Utworzone: wtorek, 17 kwietnia 2012

Wywiad z Agnieszką Holland, reżyserką filmu W ciemności.

Nominowany do Oscara film Agnieszki Holland W ciemności, prezentowany w lutym w ramach Jameson Dublin International Film Festival, wyprzedał się w ciągu kilku ledwie minut. Dziś film wraca na ekrany irlandzkich kin. I choć na nominacji się skończyło, "W ciemności" jest filmem, który i bez blasku Oscarowej statuetki zasługuje na uwagę.O filmie, ludzkiej woli przetrwania oraz wspomnieniach z więzienia, z Agnieszką Holland rozmawiała Anna Paś.

- Bohaterowie Pani filmu dalecy są od przedstawiania ich w czarno-białych barwach. Próbuje Pani raczej uchwycić moment przemiany i opowiedzieć tę historię poprzez pryzmat społeczeństwa, gdzie było i miejsce dla bohaterów, i dla latawic, dla drobnych złodziejaszków i dla ludzi szlachetnych. Boi się Pani jednoznaczności?

- Wśród tych trzech milionów ludzi, którzy zginęli w czasie Zagłady, byli najróżniejsi ludzie, tak, jak wszędzie. Zresztą, ci, którzy zachowywali się szlachetnie, za chwilę mogli zachowywać się podle. To wszystko było dynamiczne. Chciałam pokazać ich jako żywych ludzi, a nie jakieś anielskie cienie bez twarzy i ciała. A tak niestety często się zdarza w tych "Holocaustowych" filmach - to jakby zabijać ich po raz drugi, odbierać im życie, tożsamość. Oni mają prawo być tacy, jacy są. Wśród Ocaleńców, czyli tych, którzy przeżyli Holocaust, wielu ten film bardzo się podoba. W przeciwieństwie do innych filmów, gdzie pokazuje się jakąś taką cukierkowatą wersję ich jako ludzi bez skazy - to schmaltz jest, mówią. Dzięki temu udało mi się chyba pokazać jakąś prawdę, jakieś ludzkie napięcie.

- W jednym z wywiadów przyznała Pani, że jej pierwszą reakcją na propozycję scenariusza, było stanowcze NIE. Dlaczego?

- Po pierwsze, nie chciałam robić tego filmu po angielsku. A po drugie, bałam się, że ludzie nie będą już chcieli oglądać kolejnego filmu o Holocauście. Obawiałam się również, że ja sama stawiam przed sobą to trudne przeżycie w cieniu tego tematu przez najbliższych kilka lat. To bardzo trudne psychicznie, mówić o Holocauście. Ale dziś nie żałuję. Nie żałuję, że się jednak zdecydowałam! (śmiech).

- Wielkie uznanie należy się tutaj Pani Joannie Dylewskiej, znakomitej operatorce, która z tych ciemności uczyniła niejako bohatera samego w sobie.

- Rzeczywiście. Ja nawet upierałam się, by te sceny były jeszcze bardziej ciemne. To był Joli pomysł, by zastosować to światło i ciemność, gasnące na twarzach tych, którzy nie zostali wybrani do grupy Sochy. Uczyniła z ciemności metaforę losu Żydów podczas Zagłady. Mnie zależało na realizmie tego świata, więc było to dla nas duże wyzwanie, zarówno artystyczne, jak i techniczne.

- Na ile ważne było dla Pani opowiedzenie o honorze i poczuciu godności tych ludzi?

- Paradoksalnie, dziś powiedzielibyśmy, że jedynie pomaganie innym bezinteresownie warte jest pochwały. Ale wówczas było inaczej, a w ogóle pomaganie Żydom nie było tak jednoznaczną moralnie sprawą. Ani nie było to społecznie pochwalane, a tym bardziej za darmo nikt sobie tego nie wyobrażał. Dlatego Socha, ze swoją moralnością ulicznika, wstydzi się tego, że miałby pomagać za darmo… Ale mnie się wydaje, że honor jest czymś, co może ludzi zwodzić również do złego. Różne kodeksy honorowe każą nam robić rzeczy, które niekoniecznie są dobre. Natomiast to, o czym wspomina Pani Krystyna, należy rozumieć jako mówienie o godności: by utrzymać i zamanifestować poczucie własnej godności. O tym zresztą mówią wszyscy, którzy przeżyli tak skrajne doświadczenia, jak obóz koncentracyjny czy gułag. Ogolić się, ubrać - to szalenie pomagało przeżyć. Natomiast co, którzy przestawali o to dbać, umierali, rozpadali się… Manifestując swoje poczucie godności, mówi się: jestem wart tego, by przeżyć.

- Socha w końcowych scenach filmu mówi: To moi Żydzi, moi!

- Rzeczywiście, on nie mówi tutaj o pieniądzach, tylko z dumną mówi: To ja zrobiłem, to moja robota. To bardzo piękne.

- A jak na film zareagowała Pani Krystyna Chiger, jedyna dziś żyjąca osoba, uratowana w kanałach przez Sochę?

- Poznałyśmy się w Toronto i od tego czasu miałyśmy okazję spotkać się wiele razy. Ale przy kręceniu filmu, nie wiedziałam, że ona żyje. Byliśmy pewni, że nikt już nie przeżył z tej grupy. Bardzo się bałam, że film się nie spodoba. Ale ona przyjęła go bardzo emocjonalnie i bardzo pozytywnie. Podczas pokazu w Toronto wyszła później po projekcji i powiedziała kilka słów. To było niesamowicie wzruszające. A teraz obiecałam jej, że będzie ze mną na Oscarowej gali. Z kanałów na Oscary, to chyba nie byle co.

- Jak to zatem jest, że w ekstremalnych sytuacjach, ludzi możemy podzielić zasadniczo na dwie grupy: tych, którzy przeżyją najgorsze oraz tych, którzy od razu się poddają?

- Myślę, że to kombinacja witalności i szczęścia. Czasem to zależy również od przypadku: ktoś odwróci spojrzenie, ktoś skręci za róg ulicy. Pamiętam, że kiedy wyszłam z więzienia, miałam zwyczaj dzielić ludzi na takich, z którymi bym chciała siedzieć i na takich, z którymi wolałabym nigdy nie dzielić celi. To była jakaś próba: czy ktoś ma w sobie tę mobilizację, czy potrafi wskrzesić w sobie wolę życia, czy w tych trudnych warunkach potrafi współpracować, otworzyć się na innych. Moja znajoma, która przeszła przez obóz koncentracyjny, dzieliła ludzi na takich, którzy przeżyliby w obozie i na tych, którzy by tego obozu nie przetrwali. Czasami ludzie potrafią nas też zaskoczyć: wydaje się, że są silni, a potem się rozpadają po kilku dniach. To tajemnica. W tych historiach wojennych pełno jest tajemnic: siły i słabości, egoizmu i wielkoduszności. Jest i tajemnica zła i dobra. Mnóstwo już na ten temat powiedziano. A my ciągle tego nie rozumiemy do końca. Może przybliżymy się, troszkę.

In Darkness (W ciemności) Triskel Arts Centre, Cork 16 - 18 kwietnia 2012