TO CO WY JECIE!?

Kategorie: Zdrowie
Utworzone: czwartek, 1 maja 2014 Autor: Agnieszka Gregorczyk

Taki okrzyk pełen zdziwienia jest najczęściej słyszalny podczas rozmów między znajomymi. Bo nagle okazuje się, że nasze diety są różne. Bo oni nie jedzą "czegoś tam". Bo "jeśli nie jecie tego, to co jecie?". Znacznie rzadziej padają pytania typu "Dlaczego tego nie jecie?", a jeszcze rzadziej odpowiedzi nie wychodzą drugim uchem.

Są osoby "bezmięsne", nie jedzące jajek, nie słodzące, nie używające skrobi, unikające glutenu i mleka, nie kupujące niczego w puszkach, unikające aspartamu i konserwantów. Warto przyjrzeć się powodom, dla których to robią, a czasami nawet zajrzeć do lodówki i garnków. Po co oni się tak gimnastykują? Czy to ci sami dziwni ludzie, którzy czytają etykiety na produktach?

Pomijając przyczyny takiego wyboru, dla osób jedzących "wszystko", eliminacja choćby mięsa kojarzy się z wyrzeczeniem i to bolesnym. Nie zawsze taka osoba wie, co to jest ciecierzyca, soczewica, fasolka czarne oczko i na pewno rzadziej na jej stole gości jaglanka i kasza gryczana, a jednocześnie mówi, że je "wszystko". Sezonowość warzyw i owoców na stole "mięsożerców" też nie jest zauważalna. 

Często spotykamy się także ze stereotypem, że to niemęskie nie jeść mięsa, bo macho je mięso. Serio? A co na to specjaliści od żywienia? "Nadmiar tłuszczu zwierzęcego w jadłospisie przyczynia się do osłabienia organizmu, a także ma negatywny wpływ na aktywność seksualną. Dzieje się to za sprawą obniżenia poziomu testosteronu (hormonu męskiego). Zatem jedzenie mięsa wraz z jego tłuszczem w nadmiarze może wręcz osłabić aktywność seksualną".

Ale dlaczego w ogóle rezygnować z jedzenia tego czy tamtego? Przyczyn może być co najmniej kilka. Unikać mięsa można choćby ze względów ideologicznych, albo z bardziej prozaicznego powodu - na przykład złego samopoczucia po jego zjedzeniu. Zresztą, czy można dobrze się czuć po informacjach o stanie kurzych farm i co zwierzęta tam jedzą, czym są leczone, czym szczepione. To, co polecałabym lubiącym mięso, to dobry lokalny rzeźnik, co sam mięso "rozbiera", który niczym go nie naszpikuje i nie nafaszeruje toną konserwantów. A tak naprawdę najlepsza i najzdrowsza jest dziczyzna. Nie dość, że bez cholesterolu, to przecież dzikie zwierzę je, co chce (najprawdziwszy free range), a i ostatnie sekundy życia ma bezstresowe.

Bywają takowi, co wyeliminowali mięso z diety. Mięso, rosół, wędliny, parówki, skwarki, smalec, czyli wszelkie białko pochodzenia zwierzęcego. Znaleźli powód i przeszli od słów do czynów. Przeżyli kilka dni w dziwnym samopoczuciu. Mieli syndrom odstawienia. Trochę jak detoks u osoby uzależnionej. Bo mięso uzależnia. Zawiera wiele trucizn (między innymi dużą ilość kwasu moczowego), które wywołują uzależnienie w taki sam sposób, jak nikotyna czy kofeina, stwarzając ciągłe zapotrzebowanie na dalsze dawki. Po zjedzeniu mięsa w organizmie gwałtownie wzrasta ilość białych ciałek we krwi i następuje wysoka leukocytoza pokarmowa (jej poziom odpowiada spożyciu trucizny). Reakcja taka nie występuje, gdy mięsa nie zjedliśmy. Wiadomo, że wzrost liczby leukocytów jest reakcją obronną organizmu - nasze ciało mobilizuje się do obrony przed zagrożeniem, podobnie jak przy infekcji.

Jesteśmy przygotowani przez naturę i na taką ewentualność. Natychmiast wytwarzamy barierę, aby odciąć wnikanie obcego białka. A jak to robimy? Wydzielamy nadmierną ilość śluzu w przewodzie pokarmowym, a to niestety powoduje, że nie wchłaniamy także i tego, co nam służy. I co z tego, że razem ze stekiem zjedliśmy marchewkę na parze, surówkę z pora czy kapusty, albo pięknego pomidora. To też się nie wchłonie, a skutkiem będzie niedobór witamin i składników mineralnych, skąd już prosta droga do anemii. Bezpośrednią tego konsekwencją są choroby, bóle, depresja i wcześniejsze zejście z tego łez padołu. To nie straszenie, to po prostu fakty. Już dziś warto zainteresować się swoim zdrowiem, zastanowić się, dlaczego po wielkim kotlecie i pysznym rosołku nie mam siły, dlaczego męczy zgaga, i dlaczego zdrowie szwankuje.

Dla ciekawych proponuję eksperyment polegający na choćby chwilowej mięsnej abstynencji. Oczywiście jednodniowe wykluczenie schabowego i wędlin z jadłospisu to zbyt krótko. Zacznijmy od tygodnia, dwóch, a najlepiej powstrzymajmy się od jedzenia mięsa na sześć tygodni. Nasze ciało musi dostać informację, że nie musi trawić mięsa. Może na początku nie będzie łatwo, ale ciało szybko się nam odwdzięczy.

A dziś, danie tanie niesłychanie, wegańskie i bezglutenowe. Rozpoczynamy sezon na brukselkę. Słodkość marchewki neutralizuje specyficzna goryczka brukselki, bądź na opak, marchew w tym towarzystwie zyska smaczek.

Brukselka z cebulą i marchewką
Składniki:
- łodyga brukselki lub woreczek brukselki ze sklepu,
- 3 marchewki, obrane i starte na tarce,
- 3 cebule, pokrojone w kostkę,
- olej do smażenia,
- sól i ulubione przyprawy (np. majeranek).
Brukselkę myjemy, oczyszczamy z nieładnych lub zwiędniętych liści. Proponuję także odciąć ich małą twardą "stopkę". Mniejsze brukselki pokroić na połówki, te większe nawet na ćwiartki. Ugotować w niewielkiej ilości lekko osolonej wody lub włożyć do parowara na 30-40 minut.
Cebulę pokrojoną w kostkę zeszklić na oleju, dodać startą na grubej tarce marchew i kilka minut dusić, mieszając. Dodać miękką brukselkę, posolić i przyprawić majerankiem lub wedle uznania innymi ziołami.
To samodzielne danie, lubiące towarzystwo Waszej ulubionej kaszy i surówki. Dodatek do mięsnej opcji - jak najbardziej, aczkolwiek mięsiwo proponuję od święta.
Agnieszka Gregorczyk