Papier się kończy

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: czwartek, 16 lipca 2015 Autor: Krzysztof Wiśniewski

Zachęcam do poczytania od czasu do czasu drukowanych gazet, bo już niedługo taka przyjemność może być zarezerwowana jednie dla tych odwiedzających muzea lub ostatnie zapomniane biblioteki przechowujące papierowe kopie książek czy gazet.

Oczywiście trochę przesadzam, za wcześnie jeszcze pisać nekrolog prasie drukowanej, jednak z pewnością taki nekrolog przypadnie w udziale wielu tytułom, które nie dostosują się do dynamicznie zmieniającej się sytuacji na rynku.

Podobnie jak przemysł muzyczny musiał przystosować się do cyfrowej rewolucji, która najpierw przyniosła pliki MP3, a następnie muzykę słuchaną bezpośrednio z sieci, tak samo wydawcy gazet i czasopism muszą swoją ofertę dostosować do cyfryzaji społeczeństwa.

Wedle badań rynkowych Irlandczycy należą do narodów najchętniej korzystających z dobrodziejstw cyfrowej rewolucji w każdym aspekcie życia, w tym także w stylu czytania prasy.

Już teraz internet jest najpopularniejszym źródłem wiadomości dla mieszkańców Irlandii. Aż 83% Irlandczyków przegląda lub czyta wiadomości w internecie przynajmniej raz w tygodniu. Także poziom nasycenia rynku smartfonami, które przyczyniają się do popularyzacji cyfrowych wersji newsów, jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej.

Portale rosną w siłę

Nic dziwnego, że media internetowe zyskały już teraz niezwykle silną pozycję na irlandzkim rynku prasowym, a specjaliści przewidują, że to dopiero początek ich rozwoju.

W rankingu najpopularniejszych wydawców online portal informacyjny TheJournal.ie, który nie ma swojego odpowiednika na rynku prasy drukowanej, zajął trzecie miejsce deklasując między innymi potęgę wydawniczą Irish Times.

Prym na rynku, nawet jedynie tym internetowym, nadal wiodą takie tuzy jak Irish Independent, ale ich siła z każdym rokiem słabnie, a młode, bardziej dynamiczne portale przejmują znaczną część czytelników głodnych szybkiego newsa oraz błyskawicznego i celnego komentarza.

Rynek prasy drukowanej przeżywa kryzys na całym świecie, jednak zdecydowanie za wcześnie wieszczyć jego całkowity upadek. Wystarczy spojrzeć na ilości gazet w kioskach czy w sklepach oraz dostrzec, że wciąż są one kupowane. Z badań wynika, że niemal co drugi mieszkaniec Irlandii przynajmniej raz w tygodniu kupuje tradycyjną, papierową gazetę, a co szósty wcale nie korzysta z wiadomości w internecie.

I miejmy nadzieję, że tak zostanie, bowiem całkowity upadek prasy drukowanej i przeniesienie wszystkich treści do sieci wcale nie będzie miało zbawiennego wpływu na prasę samą w sobie.

Już od dłuższego czasu więksi wydawcy prasy eksperymentują próbując zachować dochodowość wydań drukowanych jednocześnie śmiało wkraczając na rynek cyfrowy. New York Times znacznie większą wagę przykłada do swoich drukowanych wydań weekendowych, bo to one są najpopularniejsze wśród czytelników, którzy na co dzień korzystają raczej z wydań w internecie.

Podobną drogę prawdopodobnie obiorą znaczący gracze na rynku irlandzkim, którzy na swoim karku czują oddech nie tylko kilku znaczących lokalnych portali internetowych, ale też międzynarodowych gigantów takich jak Buzzfeed czy Huffington Post.

Kluczem do sukcesu wydaje się oryginalność, czyli zapewnienie czytelnikom niepowtarzalnych treści, których nie przeczytają nigdzie indziej, a przynajmniej nie tak szybko i nie tak sprawnie napisanych.

Redaktorzy TheJournal.ie zrozumieli tę zasadę bardzo szybko i w ciągu zaledwie kilku miesięcy zmienili swój portal ze zwykłego agregatora newsów czerpanych z innych źródeł w pełnoprawny portal informacyjny zatrudniający własnych dziennikarzy. Dzięki temu szybko reagują na bieżące wydarzenia, a ich czytelnicy nie muszą czekać na "spłynięcie" newsów od innych wydawców. A czekanie to to jest to, czego użytkownicy internetu nie lubią najbardziej. Jeśli nie dostaną czegoś "tu i teraz", pójdą po prostu gdzie indziej.

Ludzie chcą ludzi

Wielu dziennikarzy, wydawców i medioznawców wieszczyło jeszcze niedawno upadek tradycyjnego dziennikarstwa, wierząc, że już wkrótce wiadomości będą pisane automatycznie często bez udziału człowieka. Rzeczywistość okazała się, na szczęście, bardziej skomplikowana, a czytelnicy okazali się bardziej wybredni.

Nie wystarczy im sprawnie napisany news, oni chcą wiedzieć, albo przynajmniej czuć, że ten news został napisany dla nich przez konkretnego dziennikarza, który poświęcił swój czas, by choć trochę zgłębić temat.

Spójrzmy w końcu na nas samych. Czy zaglądając do ulubionego tygodnika, miesięcznika, a nawet dziennika, nie zwracamy uwagi najpierw na swoich ulubionych autorów? Czy otwierając MIRa nie patrzycie najpierw o czym napisał pan Słotwiński, albo jaki to przepis dziś zaserwowała pani Gregorczyk? A może od razu przerzucacie strony, by poczytać tekst pana Webera o sporcie?

Oczywiście nawet najlepszy dziennikarz czy autor komentarzy nie ma szans zaistnieć w świadomości czytelników, jeśli jego teksty nie są podane atrakcyjnie i - co najważniejsze - szybko. Czytelnicy równie jak znanych nazwisk domagają się natychmiastowej reakcji na wydarzenia, chcą mieć news gotowy w chwili gdy telewizja transmituje go na żywo, a komentarz do tego newsa zaledwie kilka minut później.

Tu i teraz!

W czasach gdy drukowane gazety rządziły na rynku prasy newsem było to co wydarzyło się dnia poprzedniego. Dziś newsem jest to co dzieje się teraz i na to właśnie muszą reagować dziennikarze, wydawcy i całe redakcje. Zarówno te tradycyjne przygotowujące wydania papierowe, jak i te internetowe wrzucające wiadomości w otchłań internetu.

Czy jesteśmy świadkami rewolucji na rynku prasy czy może to jedynie powolna ewolucja? To okaże się pewnie dopiero za kilka lat, kiedy zobaczymy kto z walki o czytelnika wyszedł cało i który model dziennikarstwa okazał się najbardziej przyjazny czytelnikowi.

Jednego możemy być pewni, za kilka lat większość z nas MIRa przeczyta w internecie, a jedynie ci najwierniejsi będą go szukali (miejmy nadzieję, że skutecznie) w wersji papierowej. A może do gry wejdzie zupełnie nowe medium, które zawładnie znaczną częścią rynku prasowego?

Podobno najtrudniej być prorokiem we własnym kraju, a to chyba dobry przykład na tego potwierdzenie.