Euroszansa

Utworzone: czwartek, 14 czerwca 2012 Autor: Maciej Weber

"Polska, biało-czerwoni" - to widać, słychać i czuć. Nasz kraj zdał egzamin. Euro 2012, czyli piłkarskie mistrzostwa Europy. Dorośliśmy do wielkiej imprezy. Gdybyż jeszcze poza mentalnym przydarzył się sukces sportowy...

Na czas największej w historii Polski sportowej imprezy nie udało się stworzyć wszystkich inwestycji. Wszędzie są jakieś braki. Brakuje autostrad, dworców w dobrym stanie, infrastruktury. Inwestycje planowane z myślą o Euro w wielu miejscach pozostają w stanie szczątkowym. Ale najważniejsze jednak się udało. Lotniska, na których lądują goście z całego świata oraz przepiękne stadiony. Dziś mamy najnowocześniejsze w Europie.

- Stadion Narodowy w Warszawie jest określany przez UEFA jako jeden z trzech, ewentualnie pięciu najlepszych na świecie. W tym kontekście nie może dziwić, że kosztował 2 miliardy złotych. W połączeniu z obiektami we Wrocławiu. Poznaniu i Gdańsku na stadiony wydaliśmy 4 mld, a to i tak tylko 4,8 proc. wszystkich inwestycji związanych z Euro - mówi Marcin Herra, prezes zarządu PL.2012, spółki odpowiedzialnej za turniej od strony organizacyjnej. - Euroszansa został wykorzystana - dodaje.

Trudne początki

W tym wszystkim szkoda, że nie dorośliśmy do rangi imprezy, jeżeli chodzi o poziom sportowy. Gdybyśmy dostali organizację Euro w 1974 roku, kiedy byliśmy prawie najlepsi na świecie to by to wyglądało inaczej. A tak, 15 pozostałych krajów zajmuje sąsiadujące ze sobą miejsca w europejskim rankingu, podczas gdy Polska jest za nimi daleko i oczywiście na szarym końcu. Pod tym względem nie miało absolutnie żadnego znaczenia, że może zabraknąć nam doświadczenia, bo od trzech lat, kiedy kadrą rządzi Franciszek Smuda nie rozegraliśmy żadnego meczu o coś. A mecze towarzyskie nigdy nie zastąpią batalii o punkty.

Dało się to zauważyć podczas inauguracji z Grecją. Akurat z tym przeciwnikiem biało-czerwoni mają dobre wspomnienia, bo na ogół z nim wygrywali. Nawet wtedy, kiedy Grecy osiągali największy sukces w historii, zdobywając mistrzostwo Europy w 2004 roku. Przed tamtym turniejem w ostatnim sprawdzianie nasi pokonali ich 1:0. Wygrali też całkiem niedawno 2:0, w dodatku był to debiut Ludovica Obraniaka, który strzelił obydwa gole.

Wydawało się, że rywal to wymarzony, aby odnieść historyczny sukces. Niestety nasi nie dorośli do takiego wyzwania. Świadomość, że patrzy na nich cały naród spętała im nogi. Zaczęli z animuszem niezwykłym, w dodatku mecz ułożył się lepiej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Gol zaraz po pierwszym kwadransie, Grek wyrzucony z boiska, własny stadion i prowadzenie 1:0 do przerwy. Właściwie najgorsze co mogło się zdarzyć to nie podwyższenie prowadzenia. Tymczasem w drugiej połowie osłabiona Grecja doprowadziła do wyrównania, miała rzut karny i jeszcze z powodu czerwonej kartki straciliśmy bramkarza. Biorąc to wszystko pod czujną uwagę możemy się cieszyć, że zastępujący Wojciecha Szczęsnego w bramce Przemysław Tytoń obronił karnego i nie przegraliśmy. Niemniej, szansa na historyczny sukces była niepowtarzalna. Zaprzepaściliśmy ją w dobrze znanym sobie stylu. Jak zwykle początki bywają trudne.

Robert Lewandowski

Mamy gwiazdora niezaprzeczalnego. Dawno w polskiej piłce nie było takiego gracza, który korzystałby z tak wysokich notowań. Robert Lewandowski nie tylko do spółki z Jakubem Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem zdobył w barwach Borussii Dortmund mistrzostwo Niemiec i strzelił 22 gole. To on pięknym uderzeniem głową zdobył dla Polski pierwszego gola w turnieju.

Stał się tym samym pierwszym Polakiem od 1974 roku, który trafił do siatki w pierwszym spotkaniu turnieju biało-czerwonych. 38 lat temu w Niemczech obecny prezes PZPN Grzegorz Lato trafił w 6. minucie meczu z Argentyną i wygraliśmy 3:2. W 1978 w Argentynie było 0:0 z Niemcami (tak jak i teraz otwieraliśmy turniej), w 1982 w Hiszpanii 0:0 z późniejszymi mistrzami świata Włochami, cztery lata później 0:0 z Marokiem. Po długiej przerwie przegraliśmy w 2002 z gospodarzami koreańskiego turnieju. W Niemczech było 0:2 z Ekwadorem. I wreszcie debiut w mistrzostwach Europy i porażka z niemieckimi gospodarzami, znowu 0:2. Tak więc teraz, jakby nie patrzeć, mamy wyraźny postęp.

A pomyśleć, że Lewandowskiego kilka lat temu nie chciała Legia woląc sprowadzić beznadziejnego napastnika z Hiszpanii Arruabarenę. Lewandowski ze Znicza Pruszków przeszedł do Lecha Poznań, zdobył z nim mistrzostwo kraju i został królem strzelców ligi. Zadziwiające, że w słabej polskiej Ekstraklasie strzelił 18 goli w sezonie, a w bardzo silnej niemieckiej 22. To tylko świadczy jak wielki zrobił postęp. Teraz chcą go takie kluby jak Manchester United, a cena wywoławcza przekracza 10 milionów. I to bynajmniej nie polskich złotówek.

Farbowane lisy i prawdziwi Polacy

Po raz pierwszy w historii polska kadra została w tak znaczny sposób oparta o piłkarzy mających zagraniczny rodowód. W przeszłości zdarzył się nam naturalizowany Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe, który grał w Polonii Warszawa i ożenił się z Polką. Potem Brazylijczyk Roger Guerreiro - właściciwie nie wiadomo na jakich podstawach, bo przecież tylko grał w Legii. Teraz w drużynie na Euro znaleźli się wcześniej występujący w młodzieżówkach niemieckich Sebastian Boenisch i Eugen Polanski. Do tego niby Polak, ale przez całe życie mieszkający w Niemczech Adam Matuszczyk. I praktycznie Francuzi - Ludovic Obraniak i Damien Perquis (u tego drugiego po polsku nie brzmi nawet nazwisko). Niemniej u każdego z nich można znaleźć polski rodowód.

Największy krytyk wszystkiego co jest związane z polską piłką, skłócony z dawnymi kolegami z boiska (najbardziej chyba z Latą i Zbigniewem Bońkiem), Jan Tomaszewski stwierdził, że nie obchodzi go "kadra PZPN" zatrudniająca "farbowane lisy" i że on na mistrzostwach będzie kibicować Niemcom. Dlaczego? Albowiem u nich grają Polacy Lukas Podolski i Miroslav Klose. Zapomniał, że więcej "prawdziwych Polaków" mamy jednak w barwach biało-czerwonych.

My pozostaniemy tradycjonalistami. Cieszymy się, że dostaliśmy Euro, że możemy kibicować polskiej drużynie. I niech tak zostanie. Bez względu na wynik.

Maciej Weber