"KAŻDY KONCERT JEST WAŻNY" - WYWIAD Z MARCINEM WASILEWSKIM

Kategorie: Qltura
Utworzone: piątek, 25 listopada 2016
Data wydarzenia: niedziela, 27 listopada 2016
Miejsce: Cork

Marcin Wasilewski Trio - zespół, którego brzmienie jest znane na całym świecie. Grają ze sobą nieprzerwanie od ponad 23 lat. O ich muzycznych początkach, artystycznych inspiracjach oraz drodze na szczyt opowiada Marcin Wasilewski, pianista i lider grupy.

1. Działacie w niezmienionym składzie już od ponad 20 lat. To rzadkość, bo większość zespołów przechodzi małe osobowe rewolucje. A Wy tak jak zaczęliście, tak gracie niezmiennie. Jak Wam to się udaje?

Gramy już około 23 lat. Faktycznie jest to długi staż naszej współpracy. Mamy to szczęście, że muzyczna chemia w zespole cały czas funkcjonuje, a nasze charaktery i osobowości idealnie do siebie pasują. Od początku, zanim jeszcze spotkaliśmy naszego perkusistę - Michała Miśkiewicza, staraliśmy się ze Sławkiem Kurkiewiczem grać profesjonalnie i to już od pierwszych kroków stawianych w Koszalinie, w Biurze Wystaw Artystycznych. Tam, co piątek, graliśmy muzykę jazzową i standardy jazzowe takie do tańca.

2. Zaczęliście przygodę z muzyką w bardzo młodym wieku. Urodziliście się już z pasją do grania, czy ta miłość w pewnym momencie przyszła sama?


Chodziliśmy do szkoły muzycznej - ja ze Sławkiem Kurkiewiczem w Koszalinie, gdzie uczyliśmy się muzyki klasycznej. Mój ojciec jest także muzykiem, a mama Sławka była nauczycielką w szkole muzycznej. Jednocześnie Michał Miśkiewicz jest synem Henryka Miśkiewicza - znanego saksofonisty jazzowego. Wszyscy zatem dorastaliśmy w muzycznej atmosferze, co zaowocowało, że w '89 roku, w bardzo młodym wieku przyjechaliśmy jako słuchacze do Warszawy na Jazz Jamboree. I wówczas ta pasja wybuchła z wielką mocą. Byliśmy oniemiali z wrażenia słuchając koncertów Michaela Breckera czy "Walk Away" z Urszulą Dudziak albo "Marlboro Super Band" z Gene Harrisem. Pochłonęło nas to bez pamięci. Zaczęliśmy jeździć na warsztaty jazzowe, gdzie spotykaliśmy wspaniałych muzyków starszego pokolenia, jak Tomasz Szukalski, Jan "Ptaszyn" Wróblewski, Kuba Stankiewicz. I podczas jednych z takich warsztatów poznaliśmy też Michała Miśkiewicza, którego jak tylko usłyszałem, to od razu pomyślałem, że to jest ten człowiek, z którym chcę grać w zespole.


3. Zaczynaliście jako Simple Acoustic Trio. Kilka lat temu przeszliście transformację na Marcin Wasilewski Trio. Co jeszcze zmieniło się wówczas oprócz nowej nazwy?

Występując z Tomaszem Stańko, który nas zarekomendował i zaprosił do stworzenia pierwszej płyty dla słynnej wytwórni ECM Records z Monachium, graliśmy jeszcze jako Simple Acoustic Trio. Przy drugiej płycie, za namową Manfreda Eichera zmieniliśmy nazwę, aby łatwiej było skoncentrować się na jednym nazwisku, gdyż trzy polskie nazwiska były z punktu marketingowego trudne do zapamiętania i nawet do wymówienia przez osoby innych narodowości. I tak padło na mnie, jako że od zawsze wiodłem rolę lidera, a reszta zespołu nie robiła z tejże zmiany żadnego kłopotu. Nie ukrywamy, że było nam trochę żal rozstawać się z dawną nazwą, tak z sentymentu. Ale nic innego się nie zmieniło, bo cały czas gramy w tym samym składzie. Grają przecież ludzie, a nie nazwa zespołu. Jest też pewną tradycją w jazzie, że tria fortepianowe często biorą swoją nazwę od nazwiska pianisty.

4. Jak wspominacie współpracę z Tomaszem Stańko? Z perspektywy czasu traktujecie ją jako trampolinę do kariery?

Jak najbardziej była to pewnego rodzaju trampolina do kariery, bo nasza współpraca zaczęła się, gdy byliśmy jeszcze w liceum muzycznym. On nas zauważył, wysłuchał i dał nam szansę zagrania kilku koncertów. I na tyle nasza twórczość mu się spodobała i zobaczył w nas jakąś przyszłość, że ta współpraca trwała przez następne piętnaście lat i była bardzo intensywna. Może też dlatego przetrwaliśmy jako zespół - dzięki możliwości muzycznego rozwoju u boku tak charyzmatycznego i otwartego do muzyki improwizowanej artysty, jakim jest Tomasz Stańko. Bo muzyka jazzowa tego wymaga - odkrywania jej w sobie, pobudzania kreatywności. Razem z Tomaszem nagraliśmy swoją pierwszą płytę "Soul Of Things" dla wytwórni ECM Records. Byliśmy bardzo szczęśliwi i zdeterminowani, aby dać z siebie wszystko. I tam nas także dostrzegł Manfred Eicher, który zaproponował nam, aby jako Trio nagrać (pierwszy) album w ECM.

5. Dajecie koncerty w wielu krajach, spotykacie różnych ludzi, występujecie na różnych scenach - czy zauważaliście jakieś międzykulturowe różnice w odbiorze swojej muzyki?

Rzeczywiście, mieliśmy okazję koncertowania na wszystkich kontynentach. Graliśmy zarówno w dużych miastach, jak i małych miejscowościach, do których byśmy zapewne nie zawitali, gdyby nie muzyka. Dzięki temu poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi wraz z ich odmienną kulturą i obyczajami. Z każdą następną płytą pragniemy przekazywać nowe myśli i docierać z naszą twórczością do jak najszerszego grona odbiorców. A jest to możliwe właśnie dzięki występom w różnych zakątkach świata.

6. Występy to dla Was codzienność czy za każdym razem spodziewacie się niespodziewanego?
Każdy występ jest ważny i każdy występ traktujemy jakby miał być tym "ostatnim". Dlatego zawsze podchodzimy do koncertu z szacunkiem i pełnym zaangażowaniem. I nieważne czy na widowni jest sześćdziesiąt osób czy cztery tysiące. Czy choćby nawet jedna.


7. Gdzie szukacie nowych pomysłów na jazzowe brzmienia?

Szukamy pomysłów w sobie, w naszej egzystencji, z tego co robimy, jak podróżujemy, od ludzi jakich spotykamy. Z pewnością nie jest to produkcja taśmowa, że wystarczy przycisnąć guzik, a pomysły przychodzą same do głowy. Ale bez wątpienia wymaga to ciągłej pracy nad sobą i muzyką. To jest długi i skomplikowany proces...

8. Dopiero co wystąpiliście ze światowej sławy saksofonistą Charlesem Lloydem. To była prawdziwa muzyczna uczta...

Dla nas to było genialne przeżycie, tym bardziej że w 2002 roku w San Francisco spotkaliśmy się z nim na festiwalu jazzowym, gdzie graliśmy jako support. Później podczas naszych koncertów w Portland i w Londynie, Charles Lloyd przysłuchiwał się nam i w rozmowie napomknął, że mógłby z nami wystąpić. Oczywiście skorzystaliśmy z tego zaszczytu i doszło do takiej muzycznej uczty w warszawskim Teatrze Roma. Dla nas to było wielkie wyzwanie, ale i jednocześnie czysta przyjemność. Wychowywaliśmy się na jego płytach, zatem jego muzyka gdzieś w nas jest od początku i mogliśmy dać jej upust wspólnym występem.

9. 27 listopada przyjedziecie do irlandzkiego Cork, gdzie zaprezentujecie utwory z albumu "Spark of life" - ósmego krążka w Waszej karierze, dając koncert w niezwykłym Triskel Christchurch. Jak Waszym zdaniem miejsca, w którym odbywają się koncerty, wpływają na odbiór muzyki?


W Cork występowaliśmy już dwukrotnie, ale po raz pierwszy będziemy występować w Triskel Christchurch, czym jesteśmy bardzo podekscytowani. Zaprezentujemy utwory z albumu "Spark Of Life", ale i nie tylko. W kościołach panuje zawsze podniosła atmosfera, jak i specyficzna akustyka. W takich miejscach człowiek jest też bardziej uduchowiony.


10. Od wydania "Spark Of Life" minęły już ponad dwa lata. Wasi fani z niecierpliwością czekają na kolejny krążek. Możecie zdradzić kilka szczegółów odnośnie Waszych muzycznych planów?


Intensywnie myślimy o kolejnej płycie, ale na razie nie możemy jeszcze zdradzić czy nagramy ją z jakimiś zaproszonymi gośćmi czy będzie to płyta live z koncertu. Na razie niech to pozostanie jeszcze tajemnicą.

Rozmawiała: Natalia Kamińska

Zdjęcia: Andrzej Łazarz