Wszyscy jesteśmy obrażeni

Kategorie: Publicystyka
Utworzone: czwartek, 14 czerwca 2018 Autor: Krzysztof Wiśniewski

Mamy czasami taką zabawę ze znajomymi. Gadamy sobie o filmach, o muzyce, o innych znajomych, o swoich dzieciach, o czymkolwiek ludzie gadają, gdy się spotykają. I nagle zupełnie znienacka "łapiemy się za słówka" i próbujemy dociec, kto byłby obrażony jakimś zdaniem wyrwanym z kontekstu. Na przykład mówisz: "Zjadłbym dziś kanapkę z boczkiem" i za jednym zamachem obrażasz walczących wegetarian i ortodoksyjnych Żydów. Ktoś inny mówi: "Podobał mi się ten film z Kevinem Spaceyem" i od razu obraża wszystkich, którzy solidaryzują się z potencjalnymi ofiarami molestowania. Potem ktoś od niechcenia rzuci: "Moje dziecko nauczyło się jeździć na rowerze" i może nawet nie wie, że już obraził nie tylko feministki walczące ze stereotypami kobiet rodzących dzieci, ale i przeciwników rowerów, a możliwe, że także tych rodziców, których dzieci nie umieją jeszcze na rowerze jeździć. I być może jeszcze kogoś.
A przecież to tylko niewinne zdania, wypowiadane bez żadnego podtekstu, bez chęci konfrontacji. Skoro jednak można nimi kogoś obrazić, to co dopiero będzie się działo w przypadku wyrażenia bardziej kontrowersyjnych opinii. A jeśli jeszcze ktoś ośmieli się wyrazić taką opinię publicznie... A najgorsze ze wszystkiego jest to, że taka opinia może być sprzeczna z naszymi poglądami. Toż to dopiero obraza!

Zakazać obrażać!
Czy oczami wyobraźni widzicie już te kolejki oburzonych ustawiające się na Facebookach, Twitterach i na licznych stronach www. Każdy czeka na okazję do wyrażenia swojego świętego oburzenia, a poziom obrażenia eskaluje z każdym komentarzem. I oczywiście oburzeni/obrażeni nie pozostają dłużni temu, kto w ich mniemaniu ich obraża. Potrafią obrzucić go (lub ją, żeby nie być posądzonym o seksizm) takim błotem, i takimi obelgami, że każda jedna z nich uważana byłaby przez nich samych za przyczynek do kolejnego oburzenia.
Chwilę po świętym oburzeniu pojawiają się też żądania zamknięcia ust takiemu obrażającemu (lub obrażającej), najlepiej na stałe, na zawsze i na wsze czasy. Bo przecież ktoś, kto obraża nie ma miejsca w debacie publicznej, nie ma prawa brać w niej udziału ani wpływać na opinie innych. I mówią to ci sami ludzie, którzy w poprzednim zdaniu wylewali litry słownych pomyj na głowy swoich adwersarzy. I wcale nie widzieli w tym nic niestosownego. Nawet przez chwilę nie odnieśli do siebie swoich własnych słów o tym, że nie wolno obrażać.
Wszystkim, którzy czują się obrażeni przez cokolwiek, przez kogokolwiek, przez coś, co ktoś powiedział, albo właśnie nie powiedział, a powinien, dedykuję wypowiedź jednego z szefów amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości Williama Rehnquista. Komentując którąś z kolejnych spraw niesławnego Larry'ego Flynta, stwierdził wprost: "Fakt, że społeczeństwo lub jego część poczuje się obrażone czyjąś wypowiedzią, nie jest jeszcze powodem, by tej wypowiedzi zabraniać".

Mojsze czy twojsze?
Czy przypadkiem nie jest zbyt łatwo nas dziś obrazić? Dlaczego przejmujemy się tym, co ktoś gdzieś powiedział? Przecież nawet nie mówił tego o nas ani do nas. Dlaczego bierzemy to na tyle poważnie, że rzucamy się do klawiatur, by bronić swoich racji? Dlaczego w tym bronieniu racji zacietrzewiamy się tak bardzo, że rzucamy się do gardeł ludziom, którzy nigdy nic złego nam nie zrobili? Dlaczego odmienna opinia na dowolny temat (oczywiście im bardziej kontrowersyjny, tym "lepiej") prowokuje gwałtowny sprzeciw i chęć walki o "naszą prawdę" do upadłego?
Dochodzimy do sytuacji, gdy nasze bronienie swoich racji przeradza się w skakanie sobie do gardeł i udowadnianie, że "moje jest mojsze i jest lepsze od twojszego". I dopiero wtedy obrażamy innych, najczęściej zupełnie świadomie i celowo. I oczywiście twierdzimy, że to w wyższym celu, że to ma służyć tylko i wyłącznie wzmocnieniu naszych racji i pokazaniu, czyje jest na wierzchu. Porzucamy nasze dobre maniery w imię tego, że musimy udowodnić takiemu obrażającemu (lub obrażającej), jak bardzo się myli i jak bardzo nas obraził. A czasami nawet nie nas, ale przez nas samych wymyśloną grupę, której zawzięcie uparliśmy się bronić.
"Kto jest bez winy, niech sam rzuci kamieniem" jest napisane w Piśmie. Zatem w nikogo kamieniami rzucał nie będę, bo sam w takie dyskusje się angażowałem, i nawet teraz czasami uda się komuś mnie wciągnąć. Tak, zmagam się z tym, że ktoś ma opinie odmienne od moich. Tak, codziennie słyszę i czytam opinie, z którymi się nie zgadzam. Tak, czasami trudno jest mi przejść nad tym do porządku dziennego. I tak, czasami dyskutuję, chociaż wiem, że to sensu nie ma, bo dyskutanci po drugiej stronie nie przyjmują argumentów, a jedyne, co potrafią to obrzucić mnie błotem i kilkoma obelgami.
Pół biedy, kiedy są to jakieś anonimowe typy z odmętów internetu. Gorzej, kiedy są to ludzie, których znam i o których wiem, że potrafią rozmawiać normalnie. I zastanawiam się, co takiego w nich wstępuje, że przez internet wypisują rzeczy, których nigdy nie powiedzieliby nikomu prosto w twarz. Nie powiedzieliby, bo byłoby to zbyt poniżej pasa, zbyt mocne, zbyt obraźliwe. Czy sądzą, że internet impregnuje innych na ostre słowa? A skoro tak, to czemu sami nie są impregnowani na obrażające ich odmienne opinie? Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Bo przecież wprost się nie można zapytać, bo może to kogoś obrazić.

Różnijmy się bez obrazy
Odmienne opinie i ich ścieranie się w dyskusjach są tym, co często popycha świat do przodu. Wymiana myśli jest tym, co rozwija nasze umysły. Rozmawianie samo w sobie buduje relacje społeczne i międzyludzkie. Jednak pod jednym ważnym warunkiem. Musimy się nawzajem szanować. Musimy szanować zarówno to, że ktoś ma odmienne zdanie od naszego, jak i to, że ktoś to zdanie może swobodnie wyrażać. I przede wszystkim musimy szanować innego człowieka. Widzieć w nim nie wroga, którego należy zgładzić lub przeciągnąć na naszą stronę, ale kogoś, kto jest po prostu inny, wcale nie gorszy, nie mniej godny szacunku. Dopiero wtedy nasze dyskusje, zarówno te na żywo, jak i za pośrednictwem klawiatur staną się tak cywilizowane, jak chyba wszyscy tego chcemy. I nawet jeśli nie zawsze i nie z każdej dyskusji wyjdziemy zwycięsko, to właśnie dzięki cywilizowanemu podejściu do innego człowieka będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy wszyscy.
W przeciwnym wypadku nastąpi chwila, kiedy wszyscy będziemy obrażeni i świat zacznie przypominać rzeczywistość z tego seksistowskiego i obrażającego rzesze kobiet kawału, który jednak niepomiernie mnie śmieszy:
— Jak wyglądałby świat pod rządami kobiet?
— Nie byłoby wojen, ale wszystkie państwa byłby na siebie poobrażane.
Nie dopuśćmy do tego i nie obrażajmy się na siebie. Ani siebie.

Krzysztof Wiśniewski