ABS bez hamulców- wywiad z Arturem Barcisiem

Kategorie: Qltura
Utworzone: wtorek, 31 lipca 2018 Autor: Piotr Czerwiński

No w takiej roli Artura Barcisia jeszcze nie widzieliśmy! Wreszcie ktoś połączył wszystko, co się da: zapomniany już chyba monodram, "trendowy" jednoosobowy kabaret (po polsku ponoć nazywany stand-upem), piosenkę aktorską i któż wie, co jeszcze. I to wcale nie przyszło z Ameryki! Gratulacje! Jak Pan na to wpadł?
A.B.: Najpierw był monodram muzyczny pt. "Gra, czyli musical na jednego aktora", z którym występowałem w teatrze Ateneum i w całej Polsce, ale była to forma wymagająca warunków teatralnych. Jednocześnie pojawiło się duże zapotrzebowanie na formę odrobinę lżejszą, bardziej estradową i tak powstał "ABS, czyli Artur Barciś Show", w którym nie tylko śpiewam, ale też gadam.

Ja osobiście nie lubię szufladkowania, ale może wymyślimy temu jakąś klawą nazwę i ogłosimy osobnym gatunkiem? Ano fakt, on ma już nazwę - ABS (czyli "Artur Barciś Show" - przyp. red.). Brzmi klawo, taki ABS bez hamulców. Ale może ma Pan inne zdanie. A co Pan powie na "sit up"? Albo może "pump up" (myślę w tej chwili o innych kombinacjach ze słowem "up", ale przychodzą mi do głowy tylko brzydkie rzeczy...).
Mnie też, więc może niech już zostanie ten ABS, jako propozycja dla ludzi ciekawych Artura Barcisia i potrzebujących chwilowego (około 1,5 godz.) wyhamowania w tym rozpędzonym świecie.

A tak na poważnie, to pomysł na tle tego, co się dzieje w polskiej rozrywce, naprawdę oryginalny i ambitny. Innymi słowy, czy rzeczywiście jest na to zapotrzebowanie? Przychodzą ludzie, cieszą się? Pytam, bo w Polsce oryginalności i ambicji się chyba nie lubi...
Zależy w jakich kręgach. Oczywiście na "koncerty" disco polo przychodzą tłumy, niejaki Sławomir powoduje omdlenia i ekstazy w Zakopanem, ale niech Pan spróbuje dostać bilet na "Trans-Atlantyk" w Ateneum. Z ABS-em występuję od dobrych kilku lat i prawie zawsze jestem żegnany brawami na stojąco, więc zapotrzebowanie na takie programy jak mój też jest. Polska wbrew zapędom obecnej władzy jest ciągle bardzo różnorodna.

Wyczytałem, że na program ABS składają się gawędy o kulisach światka aktorskiego, pewnie i tego obecnego, i tego sprzed lat, ale proszę, niech Pan opowie o tym więcej.
Zapraszam widzów do teatru, bo to jest świat, o którym wiem najwięcej. Mówię i śpiewam o tremie, aktorskich sypkach, dowcipach, które robimy sobie na scenie, wraz z widzami ćwiczę dykcję, co jest niezwykle zabawne, ale opowiadam też jak, będąc niewydarzonym chłopcem ze wsi pod Częstochową, się do tego teatru dostałem. Będzie i śmiesznie i refleksyjnie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo nie będę miał o czym mówić na scenie.

I, jeśli dobrze zgaduję, nic o polityce? Ani słowa? To bezcenne! Powinni dać Panu jakąś nagrodę, jako jedynemu człowiekowi w polskiej rozrywce, który nie politykuje. Chyba że się mylę. Ale mi się histerycznie marzy wykonawca, który by się zdobył na coś takiego.
Program ma bardzo otwartą formułę, więc zdarza mi się coś chlapnąć o politykach, nie ukrywam swoich poglądów, ale w ABS staram się tego nie robić, bo to nie jest tak jak za PRL-u, gdy żarty z komuny podobały się całej widowni. Dzisiaj jest inaczej, bo Polacy są bardzo podzieleni i zawsze ktoś się może obrazić. Poza tym na przykład wyznawcy PiS-u mają słabe poczucie humoru i mogą zepsuć, że się tak wyrażę... atmosferę. Część z nich mnie naprawdę lubi (lubiło?) i nie chcę im robić przykrości.

Przyznaję, że nie znałem tego obszaru Pańskiej kariery i przez lata żyłem w niewiedzy o Pańskim monodramie muzycznym "Gra" z 1991 roku... Chyba wszystkim się Pan kojarzy z poważnymi rolami (typu szewc w "Tulipanie", który tytułowemu bohaterowi przybija stopy gwoździami do podłogi..., albo Wasylko ze "Znachora"). A "Gra", jak czytam, była wystawiana w warszawskim Ateneum przez lata... Dlaczego o tym było tak cicho? Czy to ja byłem wtedy za młody, żeby łapać się na takie rzeczy? A mam 46 lat.
Może dlatego, że "Grę" grałem w Ateneum na najmniejszej scenie (Scena na Dole), może marnie się reklamowałem, a może wtedy interesował się Pan innymi rzeczami. Pan pamięta "Tulipana" i "Znachora", a inni "Okienko Pankracego" czy "Ranczo". Nie ukrywam, że najbardziej jest mi miło, gdy ktoś mnie pamięta z "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego.

Sprawdzał się Pan świetnie w tych poważnych rolach, ale też i w komediowych (choćby w serialu "Miodowe lata"). Które role lubi Pan bardziej - te wesołe, czy te poważne? A może ma Pan do tego tematu podejście na tyle profesjonalne, że co się nie trafi, to się to zagra i koniec? Jest jakaś rola, której nie chciałby Pan zagrać, albo uznał, że się do niej nie nadaje? Bo po tym, jak Gary Oldman zagrał Churchilla (wcześniej oglądając Eddiego Murphy'ego grającego białasów) uznałem, że z odrobiną fantazji w tym zawodzie można zagrać właściwie wszystko...
Faktycznie po Churchillu Oldmana, który zagrał genialną rolę, można odnieść takie wrażenie, ale proszę pamiętać, ilu ludzi na ten sukces pracowało. W Polsce to niemożliwe, nikt nie ma tylu pieniędzy ani chęci. Szczególnie chęci, bo mamy bardzo zdolnych charakteryzatorów. Niestety reżyserzy są leniwi i zazwyczaj obsadzają "po warunkach", czyli jak ktoś dobrze zagrał brutala, to potem gra wyłącznie brutali, jak ktoś zagrał ofiarę, to... Z drugiej strony mam świadomość swojego wyglądu i chyba miałbym problem z zagraniem wysokiego, przystojnego bruneta.

A piosenki, proszę opowiedzieć coś o tych piosenkach - sam Pan je pisze? Wierzę, że teksty tak, a muzyka?
Czasem piszę jakieś teksty, wiersze, felietony, ale w tym programie ich nie ma. Większość piosenek napisał mój przyjaciel Marcin Sosnowski, a resztę sam Wojciech Młynarski. Siedzieliśmy razem z Wojtkiem w garderobie Ateneum i gdy go poprosiłem o jakieś teksty dotyczące aktorstwa, od razu się zgodził. Część miał w szufladzie, część napisał specjalnie dla mnie. Muzyka jest różnych autorów: Jerzego Derfla, Wojtka Kalety, Leopolda Kozłowskiego.

Skoro mówimy o polskich aktorach, to i o emigracji można by wiele powiedzieć. Czy będzie coś o tym w Pańskim irlandzkim programie? Jakby nie patrzeć, aktorzy z Pańskiego pokolenia dosyć masowo pryskali za granicę, jedni na stałe, drudzy na aktorskie "saksy"... Jeśli się nie mylę, na przykład Piotr Siwkiewicz z oryginalnej obsady legendarnego "Złego zachowania" z teatru Ateneum, jego też chyba wywiało w pewnym momencie. A Pańskie doświadczenia z tym tematem?
Pewnie jakoś się odniosę, bo zawsze nawiązuję do miejsca, w którym występuję, ale jeszcze nie wiem jak. W młodości byłem oczywiście na "saksach", ale nie miało to nic wspólnego z aktorstwem. Pracowałem na budowie, na zmywaku, sprzedawałem jakieś obrazki. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby emigrować. Żeby robić na Zachodzie to, co kocham, co było i jest sensem mojego życia, musiałbym znać perfekcyjnie język kraju, w którym miałbym zostać, a i tak byłbym skazany na granie wyłącznie ról obcokrajowców ze Wschodu. Nie chciałem tak żyć.

No, to teraz przyszedł moment spotkać się z tymi, których też wywiało, aczkolwiek niekoniecznie z Ateneum. Zapraszamy do Irlandii z tym większą niecierpliwością, że wreszcie będzie coś ambitnego w profesjonalnym wykonaniu. Do zobaczenia.
Do zobaczenia.

Rozmawiał Piotr Czerwiński