reklama

W Subiektywie Czerwińskiego, czyli opowieści dziwnej treści

Piątek, 13 Marzec 2026

Dzień dobry Państwu. Macie nową wiadomość. Aby odczytać, włączcie opcję „czytam Subiektyw”. Aby ominąć, scrolluj dalej. Aby skasować, wciśnij „śmietnik”... Ale pamiętajcie, że w sieci nic nie ginie.

Piotr Czerwiński

Ludzie już w ogóle nie rozmawiają ze sobą. Rozmawia za nich WhatsApp, Snapchat, wideoczaty, TikTok, ping-pong i pewnie jeszcze Viet Cong; w przypadku starych dziadów — SMS, a na Bliskim Wschodzie — AKM z Kałasznikowa. Nawet parweniusze ukochali sobie komunikację niewerbalną, niestety pod mylną postacią kija bejsbolowego. Jest niefajnie.

Mój syn, wciąż jeszcze w wieku szkolnym — choć niewiele mu zostało tej odsiadki — wyznał mi jakiś czas temu, że „gadał z nią chyba przez pół roku, zanim się rozstali”. Jak słowo honoru, powiada, nawet raz czy dwa przez kamerkę. Zdradziła go z jakimś wałkiem z Hiszpanii. Nigdy nie ruszyła się poza Tiranę. Jego kumpel jest nie lepszy: od dłuższego czasu tkwi w szczęśliwym związku z Amerykanką imieniem Adele. Nigdy nie widzieli się na żywo.

Wszyscy koledzy mojego syna chorują na smartfonitis. Mają skrzywione kręgosłupy w części szyjnej oraz dolega im kulturowo uwarunkowane pochylenie głowy. Mam wrażenie, że to nieuleczalne.

A tak zupełnie poważnie — z wielkim rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy byłem nieuchwytny dla świata, wolny człowiek, a kontakt ze mną urywał się wraz z kablem telefonicznym. Na kartkach z ozdobnej papeterii kaligrafowałem listy miłosne do panienek, a do kumpli bazgroliłem epistoły pełne przekleństw na rozkładówkach wyrywanych z zeszytów. Magiczne słowa „teleks” i „telefaks” zakrawały na science fiction, a ludzie kontaktowali się wtedy przy pomocy otworów gębowych, wydając z nich dźwięki, gdy przebywali w bezpośredniej bliskości innych ludzi.

Inni ludzie też wydawali dźwięki ze swoich otworów i nazywano to rozmową (po polsku: chat). Po wyjściu z domu przestawałem istnieć — bądź, jak kto woli, istnieć zaczynałem. Byłem wtedy wolny jak dzika ptica. Tak, to były piękne czasy.

Niestety, pewnego dnia nadeszło Złe i przypięło mi do paska brzęczące pudełko, zwane pagerem, zaś w pracy, w której beztrosko stukałem na enerdowskiej maszynie, postawiono mi komputer, który został przyłączony do sieci — nota bene wynalezionej przez facia o swojskim nazwisku Baran. Potem przyszedł telefon komórkowy.

Zaczął dzwonić mi w kieszeni; pikać w środku nocy, w kiblu i przy barze; wzywać mnie do biura; nakazywać mi opłaty za gaz; zapraszać na promocje batonów w supermarkecie; nękać spam-życzeniami na święta i nakłaniać do sprawdzenia e-maila. Potem było już tylko gorzej.

Dziś telefon informuje mnie, na jakiej jestem ulicy, i gdzie byłem wczoraj. Telefon przypomina mi, którzy ludzie to moi znajomi, gdy brzdąka „Bolero”, a których nie cierpię, gdy pitoli „Czterech pancernych”... Czasami telefon jest cichy. Bzyczy mi w okolicach tyłka, by dać mi do zrozumienia, że za jednym dotknięciem palca mogę natychmiast zapłacić komuś dwie dychy za coś, co nie jest mi potrzebne.

Kiedy się migam, telefon bzyczy jeszcze bardziej. Chce mi powiedzieć, że w jego świecie panuje dyscyplina obozowa i wymaga się w tym obozie całkowitego posłuszeństwa. Nastała epoka zniewolenia i tylko patrzeć, aż zaczną wszczepiać telefony do mózgów, by zrealizować kolejną część „Matrixa” — tym razem w realu.

Bip, bip.

Najmocniej Państwa przepraszam. Dostałem wiadomość. „Cześć kochanie, jak zdrówko?”. Wciśnij „odpowiedz”. „Cześć kochanie, dziękuję, dobrze, a u Ciebie?”. Wciśnij „wyślij”. Bip, bip. „Nie narzekam, kochanie, to na razie”.

Bup, bup.

You've got mail. „Od dyrektora generalnego. Zainteresowani urlopem w długi weekend proszeni są o e-mail do pani McKulka, najpóźniej w piątek”. Wciśnij „odpowiedz”. „Tak, poproszę dwa dni urlopu. Post scriptum: ładną sobie pani strzeliła fryzurę”. Wciśnij „wyślij”. Bup, bup. „Wniosek przyjęty. Dziękuję za komplement”.

Ding, ding.

„Jarek jest dostępny”. „Piję piwo w Bolandsie. Przyjdziesz?”. „Nie, mam robotę. Ale na zdrowie!”. „Na zdrowie. To na razie.”.

Pilim-pilim.

„Pan Czerwiński? Wysłaliśmy panu zdjęcia e-mailem. Przyjdzie pan na konferencję?”. „Nie, ale dziękuję za zdjęcia”.

Bup, bup. You've got mail.

„Zapraszamy na webinar klubu ambitnego rodzica. Będziemy czytali wiersze. Brzmią wspaniale”.

B r z m i ą w s p a n i a l e.

Bip, bip.

„Cześć kochanie! Suszę włosy. A Ty?”. „Wziąłem urlop. Będziesz wolna w przyszłym tygodniu?”. Bip, bip. „Nie, kochanie, ale życzę Ci miłego wypoczynku. Wyślę ci SMS-a, żebyś nie płakał.”. Bip, bip. „A ja Tobie e-maila, kochanie”. Bip, bip. „Kochany jesteś, kochanie”. Bip, bip. „Ja Ciebie też”.

Ding, ding. „Piję trzecie piwo.”
Bup, bup. „Proszę wypełnić ankietę”.
Ding, ding. „Na zdrowie!”.
Bip, bip. „Tęsknię za Tobą”.
Bup, bup. „Prezes życzy wam miłego weekendu”.

Plum, plum.

Myślę, że Marshall McLuhan, zwany prorokiem mediów, nie przypuszczał nawet w najśmielszych snach, że spełni się jego wizja elektronicznej „globalnej wioski”. Dziś widać jak na dłoni, że bez wątpienia jest to wioska — choć nie jestem do końca pewien, czy globalna.

Plum, plum. Wciśnij „nowe”, by napisać wiadomość.

„Do widzenia Państwu”.

Wciśnij „wyślij” albo odłóż słuchawkę. Plum.

Cordialmente,
Piotr Czerwiński

PS. Nie wiecie, co to „Miasto, masa, maszyna”? Opierdzielało się na polaku, co nie? Albo pamięć już odjęło na stare lata — za dużo Peipera i Putramentu.