reklama

Czerwiński na poważnie

Wtorek, 13 Maj 2014

TO DZIEWUCHY STRASZNIE JARA - ŚPIEW, ANGIELSKI I GITARA...*

Gitara jest banalnym instrumentem, ale, że zacytuję samego siebie, banały są święte. Powstała w tej roli i w niejże egzystowała przez setki lat, od wczesnego średniowiecza. Trzeba było jej doczekać wiariackiego wieku dwudziestego, by stała się nie tylko kultowym instrumentem muzycznym, ale kultowym przedmiotem, rzucającym tłumy na kolana.

Zbigniew Hołdys, który potrafi gawędzić o gitarach w sposób niemal poetycki i bez końca, powiedział mi kiedyś: "Jeśli chcesz, żeby ludziom na widowni pospadały kapcie, musisz mieć do tego gitarę. Z fortepianem nie da się już tego zrobić". Co prawda obaj w dalszej rozmowie doszliśmy do wniosku, że bywały i fortepianowe przypadki tego typu, od Jerry'ego Lee Lewisa, który podpalał swoje fortepiany, aż po Tori Amos, która omiatała klawiaturę biustem, ale myśl przewodnia na pewno się zgadza: dzień, w którym gitara zamieniła rezonansowe pudło na litą dechę i została pochwycona na stojąco, na podobieństwo karabinu maszynowego, zmienił oblicze kultury popularnej, a i całego świata, już chyba na zawsze.

Mało tego, gitara elektryczna już nawet nie jest magiczną różdżką, sprawiającą, że dziewczyny drą gacie przez głowę, a chłopaki łamią krzesła o podłogę; gitara stała się dziełem sztuki. Sama w sobie, jako przedmiot niemający nawet wiele wspólnego z dźwiękiem, jaki wydaje. Co prawda dziś już w Polsce coraz rzadziej widuje się ludzi, którzy widzieliby w niej coś takiego ze względu na załamującą nadwiślańską popularność muzyki umpa-umpa, ale na naszej Wyspie Skarbów kult elektrycznej gitary jest w dalszym ciągu wszechpotężny. Do tego stopnia, że dublińskie Muzeum Narodowe (!!!) gościło onegdaj wystawę gitar elektrycznych, omiatającą cały ich żywot, od marnych początków, aż po dwugryfowe mutacje Gibsona SG i inne hybrydowe przejaskrawienia w rodzaju słynnej gitary Prince'a, wyrzeźbionej na kształt symbolu seksu. Choć nie zakładałbym się o symboliczną stówkę, że akurat gitara Prince'a też tam była.

Niektóre archetypowe gitary elektryczne, dziś już należące do totalnej klasyki, faktycznie wyglądają na tyle oczobijnie, że trudno orzec, co bardziej w nich rajcuje: brzmienie czy prezencja. Ja sam mam dylemat: czy trzymać swojego Hagstroma Vikinga w futerale, czy powiesić go na ścianie zamiast standardowej wieży Eiffla, która przy nim wygląda marnie i chuderlawo. I tak nie gram na nim zbyt wiele: boję się go tknąć, bo za ładnie wygląda i jeszcze go zarysuję.

A początki tego obiektu kultu bywały autentycznie marne: jak w przypadku każdego genialnego wynalazku, z początku go wyśmiewano jako wybryk natury i technologiczną sztukę dla sztuki. Najwyraźniej wszystko, co sprawia, że ludziom spadają kapcie, musi przejść przez taką drogę usłaną cierniami.

Gitara z pudłem rezonansowym, wyposażona w elektryczny przetwornik i podpięta do głośnika, była znana już w latach trzydziestych dwudziestego wieku, ale nie święciła wielkich triumfów jako nowy rodzaj instrumentu; był to natenczas raczej nowy rodzaj nagłośnienia, który szedł w parze z wynalazkiem scenicznego mikrofonu. Grali na niej głównie jazzmani z tak zwanych big bandów, bo w końcu ich bandy były big bandami, więc musieli grać odpowiednio głośno. Były to jednak wszystko gitary wyglądające i brzmiące tak, jak klasyczne. Z czasem zaczęły jednak ewoluować niczym laptopy - ich pudła stawały się coraz cieńsze. Ich kształty coraz bardziej kanciaste, a dla odmiany ich waga rosła. Ale dalej były drewnianymi wydmuszkami.

Prototyp gitary elektrycznej wykonanej z litego bloku drewna, jedynie z ozdobnymi "skrzydłami" w postaci pseudorezonansowych komór dla dekoracji, wykonał w roku 1940 niejaki Les Paul, legendarny facet z Ameryki, którego nazwisko znane jest jako nazwa jego kolejnego dziecka - Gibsona Les Paula, również poczętego w latach czterdziestych, ale urodzonego ponad dekadę później. Pierwszy model, nawiasem mówiąc, w Polsce bywał nazywany "skrzypcówą" z racji dekoracyjnych wycięć na bocznych ścianach instrumentu, do złudzenia przypominających podobne szczeliny u skrzypiec. Zarówno ta, jak i druga gitara nie weszły jednak do masowej produkcji z powodu, o którym wspomniałem już wcześniej. W ówczesnej popkulturze i szołbiznesie było tak samo wielu twardogłowych, jak i we współczesnej, przez co wszystkie nowości odrzucali z wyjątkowym uporem, jak wszyscy prostacy, którzy nienawidzą tego, czego nie rozumieją... Ale bez zbędnych dywagacji, wróćmy do gitar.

Pierwszym masowym "wiosłem", kompletnie nieprzypominającym akustycznej gitary, był wynalazek niejakiego Leo Fendera - innego genialnego amerykańskiego facia, który w mieście Fullerton w Kalifornii prowadził punkt naprawy odbiorników radiowych. Kiedyś z nudów zbudował gitarę z deski, jako żywo przypominającą bardziej wiosło albo rakietę do tenisa, by zobaczyć, jak będzie brzmiała bez pudła rezonansowego. Zachęcony niezwykłością swojej dechy, zaczął majstrować przy zepsutych radiach ze swojego sklepu i wmontował do niej przetwornik dźwięku, a także pokrętła głośności i tonu, na podobieństwo tych, które spotykamy (przepraszam, które spotykało się natenczas) w odbiornikach radiowych. Ku jego zdziwieniu, lokalni muzykanci zaczęli prosić go, by im pożyczył to cudo na występy. Miało to miejsce w roku 1943. Przez następne sześć lat zdołał wypuścić swój wynalazek pod nazwą Esquire, ale sprzedało się tylko 50 egzemplarzy, z czego większość mu zwrócono. Dziś są warte fortunę! Ale Leo się nie poddawał i kombinował dalej. Firma nie przędła za dobrze. W 1950 roku dodał do dechy drugi przetwornik, w gryfie umieścił metalowy rdzeń umożliwiający zmianę kąta nachylenia, pomalował drewno lakierem i wystawił na sprzedaż pod nazwą Broadcaster, czyli "nadawca" albo "nagłaśniacz". Niestety szybko się okazało, że kto inny ma prawo do tej nazwy i przez jakiś czas, z braku lepszego pomysłu, Leo i ferajna usiłowali sprzedawać swój wynalazek bez nazwy (dziś mówi się o tych gitarach "Nocastery"). Nawiasem mówiąc, przypomniała mi się dykteryjka z dziennikarskiego poletka - mało kto wie, że "Playboy" wcale nie nazywał się "Playboy", kiedy go wymyślono. Do ostatniej chwili nosił tytuł "Stag Party", czyli "bal samców" vel "wieczór kawalerski". Niestety, nagle okazało się, że nazwa jest zastrzeżona i na kolanie wymyślono "Playboya".

Again, mocium Panie, wróćmy do gitar. W roku 1952 świat ujrzał Telecastera - gitarę, która jest tak prosta w konstrukcji, że bardziej się już nie da; tak prosta, że aż genialna. Nie dało się jej zniszczyć, chyba że kładąc pod tory tramwaju. Dało się na niej zagrać wszystko: od rzewnych ballad aż po przesterowane rzęchy. Rzecz jasna geniuszu tego nie pojmował nikt na świecie, więc produktem firmy wielkiego Leo zdołali zainteresować się jedynie "rednecy" i "krowodoje": do dziś "Tele" przez wielu kojarzony jest z muzyką country, być może też i pasuje do niej co nieco ze względu na swoje lekko dzwoniące brzmienie, które trochę przypomina banjo. Trzeba było następnych dwóch dekad i wysiłków kilku innych gości, żeby Telecaster stał się przedmiotem kultu. Jednym z pierwszych dozgonnych wielbicieli Telecastera, a zarazem jego bodaj najsłynniejszym użytkownikiem, został pod koniec lat sześćdziesiątych Jego Nietrzeźwość Keith Richards, gitarzysta rytmiczny The Rolling Stones. Potem rozsławił go Bruce Springsteen, również dozgonnie wierny Telecasterowi, a zaraz po nim Joe Strummer z grupy The Clash (pamiętacie te pierwsze brzdęki "Should I Stay Or Should I Go"? To właśnie Telecaster.).

Pierwsze lody jednak słynny Leo przełamał, a jako żywo kry pękły, poleciała zza nich lawina. Po Telecasterze posypało się jak z rękawa. Jego następny wynalazek - Stratocaster, dziś jest instrumentem popowym, chociaż najlepiej sprawdzał się w rękach zupełnie przecież niepopowego Jimiego Hendriksa.

Modele "wioseł" mnożyły się przez pączkowanie i sama ich wyliczanka zajęłaby mi teraz cały egzemplarz "MIR-a". Przyszedł w końcu moment, kiedy gitara elektryczna stała się obiektem pożądania i podziwu. Paradoksalnie, granie na niej nie jest już tak rozpieprzające, jak jej widok i sam fakt trzymania jej w rękach. Jedna z najdziwniejszych prawidłowości, jakie zauważyłem u ludzi nieumiejących grać na gitarze, a nawet niezainteresowanych specjalnie muzyką rockową, polega na tym, że kiedy choćby przypadkiem da się im do ręki gitarę elektryczną, dostają małpiego rozumu i zaczynają symulować koncertową ekstazę. Kończy się zwykle tym, że coś w tej gitarze psują i zdarzyło się to absolutnie za każdym razem, o którym mi wiadomo. Coś jednak musi być na rzeczy, prawda? Wyobraźcie sobie zatem, jak strasznie małpiego rozumu dostaje ktoś, kto potrafi wydobyć z takiego cacka chociaż ze dwa dźwięki...

W takim razie wybaczcie mi, moi Drodzy, ale idę do swojej małpiarni. Mam stuwatowy wzmacniacz i nudziło mi się już testowanie cierpliwości sąsiadów; przyszedł czas rzucić wyzwanie całemu cholernemu osiedlu.
Howgh.

*Tytuł jest fragmentem piosenki zespołu Piersi: "My już są Amerykany".

Najnowszy numer
Wrzesień 2020 (128)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty