reklama

Subiektyw Czerwińskiego: To straszne covidzę, czyli nagły koniec wakacji

Sobota, 17 Październik 2020

Szanowni Państwo, pierwszego września dwa tysiące dwudziestego roku, po sześciu miesiącach skończyły się w Irlandii wakacje. W Polsce zresztą też, co mnie w zasadzie dziwi, że nikt jeszcze nie wyprodukował tak zwanego mema, parodiującego Joannę Szczepkowską w swej wiekopomnej chwili sławy, kiedy to obwieściła w dzienniku telewizyjnym upadek komunizmu. Powrót z wakacji niektórym przeciągał się aż do połowy miesiąca, bo musieli udać się na obowiązkową kwarantannę, czyli leżeć na kanapie, jeść chrupki i katować X-Boksa. Potem niestety nastąpił moment nieuchronnego katharsis i udali się do szkoły. Niektóre dzieciaki musiały się sobie na nowo przedstawiać, ponieważ w międzyczasie przestały być takimi znowu dzieciakami. I tak dalej.

 Z ekonomicznego punktu widzenia, najgorzej wyszły na tym świetlice, trenerzy ping-ponga, senseje od rękoczynów oraz inni specjaliści od dorabiania sobie w ramach pozaszkolnej edukacji podstawowej. Najlepiej zaś sami nauczyciele, jeśli to prawda, że przez całe te wakacje dostawali pensje.

 Zauważyłem też, że w końcu ruszyło się na rynku masek gębowych; pojawiły się przeróżne ciekawe produkcje graficzne, w tym takie wynalazki jak macha z logiem tik-toka, macha z wąsami albo jęzorem i tak dalej, a większość tego szyte z bawełny, która przepuszcza wszystko, co można roznieść tak zwaną drogą kropelkową, od flegmy kichaczy aż po siuśki.

 Nie widziałem co prawda ani jednego człowieka, który by publicznie sikał komuś, za przeproszeniem, na maskę, ale za to w miarę jak dni są krótsze, a słoneczko rzadsze, coraz częściej widuję w Dublinie ludzi, uprawiających swój ulubiony sport, czyli kichanie sobie nawzajem w gębę. Przynajmniej zdarza im się usłyszeć upomnienia, czego dawniej się raczej nie widywało. Swoją drogą znałem paru kretynów, którzy obrażali się na mnie śmiertelnie, kiedy odwracałem głowę na odgłos ich kichnięcia. Jest nawet taki jeden, który do dzisiaj się do mnie przez to nie odzywa. O ile wiem, jest zagorzałym przeciwnikiem personal protection equipment, które narusza jego swobody obywatelskie, co skłania mnie ku dygresji, że ja też chętnie naruszyłbym jego swobody, gdybym go tylko spotkał gdzieś na wyciągnięcie ręki. Na szczęście powstrzymuje mnie dystans społeczny oraz geograficzny, a także oczywiśćie poszanowanie dla prawa karnego.

 Oprócz tego dotarła do mnie fantastyczna wiadomość: LOT znowu lata z Warszawy do Dublina! I to z Okęcia, które jest o rzut beretem od mojego rodzinnego domu! Czyż to nie piękne?! Patrotyczne łzy wzruszenia polały mi się na klawiaturę i nawet chciałem kupić sobie od razu bilet, gdyby nie to, że do następnego urlopu jeszcze trochę za daleko. Tak czy owak spełniło się jedno z moich marzeń natury podróżniczej. Niech Was Bozia błogosławi, braciszkowie i siostrzyczki. W końcu ktoś tam u Was zrozumiał, że my tu bez Was jak te owce bez pastuszka. I że wreszcie dzięki Wam ktoś przestanie nas robić w barana.

 W temacie zaś dystansu, to ja już mówiłem, że lubię stać w kolejkach. Od razu przypomina mi się dzieciństwo. I można wejść w interakcje z innymi istotami ludzkimi, aczkolwiek raz, że na dystans, a dwa, że niektórzy z nich są jedynie humanoidalni i nie podzielają mojego zapału do zawierania nowych znajomości w kolejce do sklepu. Na szczęście zawsze są pod ręką przedstawiciele pokolenia „pani tu nie stała”, chociaż ten termin właściwie dotyczy tylko polskiego oddziału tej generacji. Na Wyspie Skarbów to najczęściej zdziadziałe towarzystwo z łysymi pałami, w koszulce z trasy Rolling Stones z 1990 roku i w butach pamiętających Tony’ego Blaira. Czyli tacy jak ja. Tacy jak ja mają też jedną ciekawą właściwość; nie spędzamy całego życia w pozycji pochylonej, a telefon wyjmujemy tylko wtedy, gdy chcemy go użyć jako telefonu, dzięki czemu możemy ogarnąć otaczający nas świat oraz wymieniać spostrzeżenia na jego temat z innymi bliźnimi, drogą gębowo-akustyczną. To dlatego tabuny nastolatków o posturze orangutana nie są w stanie ogarnąć nas, dla odmiany. Nie widać nas znad ekranu, podobnie jak wszystkiego innego, co jest wyższe niż metr.

 Tymczasem znowu zamknęli knajpy i naród musi wyobrażać sobie, że siedzi w pubie, wyrzucając do skarbonki pięć euro za każdym razem, kiedy idzie po puszkę do lodówki.

 Abstrahując od śmichu-chichu, idzie jesień i ja czarno to widzę. Covidzę, rzekłbym, ale to by brzmiało głupio. Chociaż zresztą dlaczego nie. Ta nazwa już od dłuższego czasu pojawia się w formie różnych mniej lub bardziej udanych neologizmów i gier słownych. Mój faworyt to czołówka w niedawnym wydaniu Dublin Gazette, ze zdjęciem studentów balangujących na przekór restrykcjom i wielkim białym napisem: COVIDIOTS. Policja ogłosiła, że jest na tropie organizatorów tej balangi, co zabrzmiało trochę komediowo, bo jeśli dobrze pamiętam czasy studenckie, takie rzeczy dzieją się spontanicznie, więc organizatorów było około setki, bo tyle osób znalazło się, jak to mówią, w miejscu zdarzenia. Co oczywiście nie zmienia faktu, że było to stu durniów, nie inaczej.

 Covidiotów na szczęście nie ma w mojej okolicy aż tylu, może dlatego, że mieszkają tu głównie stare dziady i dzieci. Ewentualnie dzieci ze starymi. Żadna z tych kategorii nie baletuje raczej zanadto. Oprócz tak zwanych samotnych yummie mummies po czterdziesze, ale to już jest temat na tak zwaną osobną gawędę.

 Cordialmente,

Piotr Czerwiński

Najnowszy numer
Październik 2020 (129)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty