reklama

Kim jest Piotr Czerwiński

Środa, 28 Listopad 2012

Kim jest Piotr Czerwiński?

Poważnym człowiekiem, któremu przypadło w udziale niepoważne życie, chociaż to duża przesada, w obie strony. Tak, wiem, już to kiedyś mówiłem. Piotr Czerwiński jest pisarzem. Został nim po trzynastu latach zabawy w dziennikarstwo, które czasem było dziennikarstwem, a czasem zabawą. Pewnego dnia napisał książkę, potem wyjechał z Polski. Miał wtedy trzydzieści trzy lata, to podobno świetny wiek na zmartchywstanie. Poszło nienajgorzej, chociaż pomysł był wariacki. Cztery powieści później uważam, że w pewnym zawężonym sensie opłacało się otworzyć drzwi od klatki. W innych sensach już niekoniecznie, ale wszystko ma swoją cenę. Także wolność, jak nie przymierzając ta z ostatniej książki...

Czym jest tytułowa "Pigułka wolności"?

Jest ułudą, która nie zapewnia żadnej wolności. Jest oszustwem, które dzieje się w naszych głowach, choć o tym nie wiemy. Jest moralnym przebierańcem, szmaciarzem udającym szlachetność. Jak człowiek, czasami. Tyle w sferze metaforycznej. Dosłownie pigułka wolności jest autentyczną pigułką, której wątek pojawia się w powieści. Niestety, podobnie jak wszystko inne, co ma w nazwie odpowiednio wzniosłe słowa, pigułka wolności nie zapewnia żadnej wolności. Wprost przeciwnie, uzależnia i zaciera rzeczywistość. O to chodzi w tej gigantycznej medialnej manipulacji, której ulegamy, stając się "walutą i towarem jednocześnie". Sęk w tym, by tłum zniewolony do granic absurdu przekonać, że jest wolny jak ptaki. I trzymać w tym przekonaniu na niewidzialnej smyczy.

Brzmi tajemniczo. A tak bez metafor, o czym traktuje sama fabuła książki, z czego składa się jej "żywe mięso", możesz opowiedzieć w skrócie?

W największym skrócie? Tak się nie da. Ta książka ma więcej twarzy i odcieni szarości, niż sadomasoch Gray.... No dobrze, żartowałem tylko. Tak bez metafor, ona ma wiele płaszczyzn. To opowieść o tym, jak zostać facebookowym celebrytą. To historia o handlu fanami. To historia o masowej manipulacji, z której nie zdajemy sobie sprawy, z której nawet Facebook ma prawo nie zdawać sobie sprawy, a którą stosują przeróżni ludzie, używając w tym celu Facebooka.
To utrwalona w pigułce historia roku dwa tysiące dwunastego, też. Portret "generacji kciuka", obraz świata epoki mediów społecznościowych. Końcem końców, to historia o miłości. Nieudanej, nierealnej, sprzedanej, śmierdzącej, wyrywającej flaki, bo to też jest miłość.
To historia, która mogła zdarzyć się naprawdę.

No dobrze, a tak jeszcze bardziej bez metafor?

Gówny bohater zakłada na Facebooku tak zwanego fanpejdża, dla zabicia czasu, dla draki. Ale jego "dzieło" nagle zaczyna żyć własnym życiem i staje się globalną sensacją. Gość z dnia na dzień zyskuje status pokoleniowego guru. Przypisują mu filozofię, o której on sam nie ma pojęcia. To też jest metafora naszych czasów. Można założyć w Internecie stronę o gównie i zostać idolem milionów. I tak się też dzieje w jego przypadku. Potem, jak to w życiu. Pojawia się kobieta, potem duże pieniądze, które pogmatwają wszystko.

Z którym z bohaterów swojej książki utożsamiasz się najbardziej?

Żeby było zabawniej, kobieta, o której wspomniałem, jest tak naprawdę jedynym pozytywnym bohaterem tej powieści. Wszyscy panowie, którzy biorą udział w tej historii, okazują się szmatami. Ona zaś, chociaż z początku trudno pozytywnie wypowiadać się o jej moralności, przegląda na oczy i w ostatecznym rozrachunku okazuje się być last man standing... A w zasadzie woman....
Ideologicznie to ona jest mi z nich wszystkich najbliższa. Wszyscy ludzie nawróceni, byle tylko nawracali się ze złego na dobre, są mi bliscy. Przywracają mi wiarę w sumienie i ogolnie, w człowieka.

Skąd zaczerpnąłeś pomysł na książkę? Czy sam posiadasz profil na FB?

Nie mam pojęcia, skąd wziął się pomysł na tę powieść. Po prostu przyszedł pewnego dnia i tak został. Na pewno złożyły się na niego autentyczne wydarzenia, takie jak choćby legendarny zakaz, ogłoszony w Malawi, od którego zaczyna się fabuła. Naprawdę miał miejsce w lutym dwa tysiące jedenastego. Inspiracją na pewno były też różne "fanpejdże" z FB, mniej lub bardziej szalone inicjatywy, na czele z "Make Life Harder" albo "Ironia i sarkazm pomagają mi znosić głupotę innych". Te dwie facebookowe strony, nawiasem mówiąc, pojawiają się w książce, w skromnych trzecioplanowych rolach. Ale to wszystko było tylko preludium do właściwego pomysłu na książkę, jego rdzenia, jego przesłania, które wynika z tej historii. I to akurat jest coś, czego się nie wymyśla. To albo przyjdzie samo i trafi między oczy, albo nie przyjdzie wcale; wtedy można napisać powieść bezduszną, po prostu.

Ja nie urządzam strategicznych planowań swoich książek. Uważam, że wszystko, co pisze się przez "większe P", powinno wynikać z impulsu, bo tylko wtedy jest prawdziwe. I naprawdę nie rzutuje, czy ten impuls każe nam babrać się we wspomnieniach z PRL, tak jak to zrobiłem w "Pokalaniu", czy w żargonowych emigracyjnych ekshumacjach "Małego Księcia", jak w "Przebiegum życiae", czy po prostu histerycznie śmiać się z życia do twardego rzygu, ukradkiem popłakując, tak jak w "Międzynarodzie". Wszystko to musi być efektem olśnienia. Potem dopiero, kiedy te uczucia przestygną, przychodzi czas na warsztat, całą logistykę powieści, by miała ręce i nogi, by bohaterowie mieli swoje życia, swoje imiona, nazwiska, charaktery i pasje. W tym już jest element planowania, ale to już gawęda na inną okazję.

Wracając zaś do tematu, tak, mam profil na FB. Musiałem go założyć w ramach zajęć... to długa historia. Studiowałem dziennikarstwo w czasach, kiedy nie było Internetu. Teraz, po latach, już tutaj w Dublinie, poszedłem na mini-studia uzupełniające dla takich starych dziadów jak ja, z zakresu "Nowych Mediów". Prowadzący, który był w moim wieku, powiedział mi na pierwszych zajęciach: "Ty nie masz konta na Facebooku? Człowieku, ty nie istniejesz!"
W istocie konto na Facebooku pomogło mi się wiele dowiedzieć o tym przedziwnym kciukowym świecie. Musiałem w nim trochę poszaleć, żeby móc napisać tę książkę. Oprócz tego, z perspektywy zawodowego prasoznawcy, uważam Facebook za niegłupie narzędzie do masowej komunikacji. Problem polega jedynie na tym, że podobnie jak w przypadku wielu innych genialnych narzędzi, często używa się ich niezgodnie z przeznaczeniem, znajdując zastosowania kompletnie innej natury.... Z globalnej wioski międzyludzkich przyjaźni tworzy się imperium globalnego marketingu, które wymyka się nam spod kontroli, żyje własnym życiem i zaczyna zjadać własny ogon.

Najnowszy numer
Październik 2020 (129)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty