reklama

Opowiadanie Piotra Czerwińskiego

Wtorek, 15 Styczeń 2013

Dziewiętnasta trzydzieści

Jestem teraz na wierzchu istnienia. Nieopodal bramy parku tłum gapiów zbiera się nad przewróconym rowerem i mężczyzną w średnim wieku, który leży obok. Taksówkarz, który też tam jest, to najprawdopodobniej sprawca zamieszania. Trzęsie się, tłumacząc wszystko policjantowi. Jego taksówka na światłach awaryjnych stoi obok, zaparkowana dwoma kołami na chodniku. Jest ciepło i sucho; suche wieczorne powietrze w tym mieście ma to do siebie, że słychać jego dźwięk, a świat o zachodzie słońca wygląda tu jak fotografia z kolorowym filtrem. Tłumy ludzi przeciskają się po Grafton Street w kierunku Luasa. Pod bramę parku ponadjeżdża karetka pogotowia i lekarze pochylają się nad ofiarą wypadku, która wciąż leży nieruchomo. Stoję przed domem towarowym St. Stehpen's Green. Widzę ich spod wejścia, jestem w rogu pod zadaszeniem, ale są na tyle daleko, że nie słyszę, co mówią. Nastolatek w wełnianej czapce siedzi przy rzeźbie na środku placu, dwadzieścia metrów od miejsca wypadku. Nerwowo gra na gitarze i śpiewa "Knockin' On The Heaven's Door". Powtarza refren w nieskończoność, jak wszystkie nastolatki, które grają tę piosenkę. Nagle lekarze unoszą głowy i spoglądają w moją stronę. Za nimi podąża wzrokiem kilku gapiów, zebranych wokół leżącego. Patrzą na mnie pytająco, a może to nie o mnie chodzi, chociaż chyba jestem jedynym człowiekiem, który obserwuje ich spod tego zadaszenia. Odwracam się od nich. Wchodzę do środka i jadę ruchomymi schodami ruchomymi na piętro. Potem na następne. I potem na następne.

Ubikacja obok galerii sztuki kosztuje tylko dwadzieścia centów. Nie wiem, ile kosztują obrazy.
Z daleka słuchać echo refrenu piosenki. Idę pasażem naokoło piętra, mijam dwie zakochane pary i budkę radiowęzła, schodzę pieszo na dół, skręcam na w prawo, dwa razy wyjmuję i chowam banknot, za który kupię bądź nie kupię średnieją kawyę i wafelka w bufecie z kawą i wafelkami. Patrzę na kolejkę i nie zbliżam się. W sklepie z czapkami gromada turystów przymierza modne kaszkiety. Starszy człowiek denerwuje się ich niezdecydowaniem i ponagla, oni uśmiechają się grzecznie, chyba są Hiszpanami. Nie rozumieją, co mówi. Kawiarnia jest tuż za rogiem sklepu z czapkami. Kiedym mijam to miejsce po raz trzeci, nie patrzę już w ogóle i wychodzę na zewnątrz.

Przed wejściem nie ma ani jednego człowieka. Nie słychać już piosenki i nastolatek w wełnianej czapce nie siedzi już pod rzeźbą na placu. Na przejściu nieopodal bramy parku nie ma tłumu gapiów, nie ma przewróconego roweru, ani taksówkarza i jego taksówki, i karetki, ani policji, ani nawet potrącony człowiek nie leży na asfalcie, i nie krzątają się przy nim lekarze. W całej okolicy jest absolutnie pusto i cicho. Nie ma żadnych przechodniów na Grafton Street, ani na Saint Stephen's, ani przed Luasem, ani nie widać ich w Parku. Idę deptakiem w dół, w stronę Trinity, nie spotykając po drodze nikogo, nawet śmieciarzy i kwiaciarek, i sprzedawców blaszanej biżuterii. Już nie jest ani ciepło, ani sucho. Teraz jest zimno, ale wilgoć żre oddech jak w zaparowanej łazience. Skręcam do kiosku, by kupić butelkę wody, ale przy kasie nikogo nie ma. Wołam sprzedawcę, ale ten nie wychodzi z zaplecza ani nie odpowiada. Odruchowo wyjmuję z lodówki butelkę i chodzę z nią wokoło, nawołując w kierunku drzwi za ladą, ale odkładam ją po chwili. Idę coraz szybciej ulicą i zatrzymuję się przy kolejnym Sparze, ale tam również nie ma nikogo. Drzwi do środka są otwarte na oścież. Podświetlenie półek i lodówek włączone. Towar leży nietknięty. Nie ma ani klientów, ani sprzedawcy, ani nikt kompletnie nie odpowiada, kiedy krzyczę w stronę zaplecza. Biorę z półki jedną niegazowaną zero trzy i zostawiam na blacie jedno euro.

Wybiegam na ulicę, rozglądając się w obie strony, usiłując wybrać kierunek dalszej podróży. Po przeciwnej stronie Brown Thomas, kompletnie pusty, z otwartymi drzwiami, bez cerbera w liberii, bez sprzedawców, bez klienteli. Wjeżdżam na piętro z perfumami, obchodzę je szybkim krokiem i rozglądam się wokół, ale nikogo tam nie ma, nie ma nawet ochrony, nie ma hostess oferujących promocje, i to samo na piętrze, przy kasach, w przymierzalniach, na schodach, nie ma absolutnie nikogo, i wybiegam na zewnątrz, a tam po drugiej stronie, w sklepie z butami, pusto, i obok na stoisku telefonów, i kompletnie opuszczony Burger King, z parą, która jeszcze kłębi się w pustej kuchni za pustymi kasami. Biegnę w górę ulicy, mijam pusty sklep muzyczny i pusty bank, i wszystkie te miejsca stoją tak jak gdyby nigdy nic, z otwartymi drzwiami, ze światłem zapalonym u sufitu. Na chodniku nie ma nawet gołębi i nagle dociera do mnie, że nigdzie, nigdzie w okolicy, nie ma kompletnie żadnego życia.

Co się tu dzieje? O co tu chodzi? Co ja tu robię? Wszyscy uciekli. B, była jakaś ewakuacja? Manewry? Ćwiczenia? Wyciągam telefon, żeby zadzwonić na dziewięć dziewięć jeden, ale głos w słuchawce mówi flegmatyczanie, że brakuje mi kredytu. Pędzę biegiem do sklepu z komórkami. W środku nie ma nikogo, obchodzę blat sprzedawcy, staję przed kasą. Jak to się obsługuje? Gdzie do cholery jest doładowanie komórek? Wciskam guziki na chybił- trafił, coraz mocniej, coraz bardziej nerwowo. Nic z tego. Maszyna brzdąka, otwiera się, zamyka. Wylatuje z niej taśma papieru, ale to nie kupon doładowania. W sklepie obok mają automat. Sklep jest kompletnie pusty, jak wszystkie pozostałe. Wsuwam piątkę do wlotu i metalowe pudło wydusza z siebie zadrukowany papier. Dwa osiem siedem pięć trzy pięć dziewięć osiem osiem siedem dwa siedem cztery pięć. Dziewięć dziewięć jeden. Nikt nie odbiera. Dzwonię do domu. Do pracy, do sąsiadów, do Polski. Nie ma sygnału. Na pewno była ewakuacja. Ale na niby, ćwiczenia albo coś takiego?. Czy skażenie jakieś, wybuch może.? To czemu ja tu stoję, dlaczego nic mi nie jest, nic mnie nie boli? A może jakaś wojna? Coś z Północą znowu, zamieszki jakieś, groźba zamachu, co to? Gdzie jest komisariat? Idę, biegnę z powrotem w dół Graftonu. Pod szpilą, za Thomas. Tam zawsze była Garda. A nie, zaraz, moment. Jest druga, centralna, za koledżem. Wszystkie przecznice puste przecznice. Ani żywej duszy przed bramą Trinity College, sznury pustych autobusów na Nassau, ani jednego człowieka. I zero ptaków na niebie. Wbiegam do komisarisatu, kopiąc drzwi z rozpędu, że aż walą o ścianę i zamykają się z powrotem; omiatam salę, okienko dyżurnego, otwieram wszystkie drzwi. Na komisariacie nie ma kompletnie nikogo.

Na pewno wojna. Jakaś ewakuacja, jakieś skażenie, tylko dlaczego nic mnie nie boli, dlaczego nie tracę węchu, słuchu, dlaczego wszystko widzę.? Teraz to już nie jest zabawa. A co jeżeli miasto jest odcięte od świata? Ale jak to możliwe, i przede wszystkim kiedy, przecież eksodusy nie dzieją się w pół godziny! Jakaś nowa broń chemiczna, która unicestwia tylko żywe organizmy? No dobra, dobra, to wracamy do tego samego pytania. Dlaczego w takim razie nie unicestwi mnie? Czy ja jestem, do cholery, niezniszczalny? Wylatuję z powrotem na ulicę, jak z procy. Mijam kolejne puste przecznice. Może to taki eksperyment, coś jak Truman Sshow, jak jakiś zakichany Big Brother. Wszyscy mnie widzą, a ja nikogo. Może teraz pół miliona ludzi patrzy na mnie i się śmieje. Tu wszędzie są pewnie kamery. A może nie ma. W lewo, w stronę Dawson: pusto, nie ma na Dawson ani jednego zdechłego kota. Pusto. Nie. Ma. Nawet. Zdechłego. Kota. Z powrotem. Może nie ma kamer, może to naprawdę jakiś kataklizm. Może nikt oprócz mnie już nie żyje. Może wszystko co tu jest dookoła, to teraz moje. Moje?

W takich kasach w Sparze to pewnie jest parę tysięcy. Wracam biegiem do najbliższego Spara. Wyrywam z kasy szufladę z pieniędzmi, szarpię sięe z nią, rozwalam ją krzesłem kasjera. Dużo, ooo, dużo. Wszystko w garść i z powrotem na ulicę. W dół Graftonu. Nie ma nikogo. Puste sklepy, puste kawiarnie w bocznych ulicach. W górę Graftonu. W rękach ściskam kłębowisko pogniecionych banknotów, przytrzymuję je przy brzuchu, ale kolejne pięćdziesiątki upadają na bruk. To wszystko moje. Wszystko moje. Tak, tylko że skoro moje, to po co mi w ogóle pieniądze? Przecież mogę rozrzucić je wszystkie o, tutaj, przed obuwniczym, jak konfetti. I mogą tu leżeć dopóki nie zgniją.
O, tak!

I biegem, pośród fruwających banknotów. W dół Graftonu. W górę Graftonu. Co ja tu robię?. Co ja tu robię.? Czego ja tu nie robię.? Co się dzieje.? Co się nie dzieje.? Co będzie dalej?. Dokąd teraz?.

I wracam do domu towarowego St. Stephen's Green. Mijam pustą bramę parku, pusty plac, puste wejście do środka. Bezmyślnie wchodzę na schody ruchome, i jadę na piętro, i słyszę gwar. Słyszę ludzi. Na pierwszej kondygnacji, przy sklepie z pamiątkami, zakochana para, chyba ta sama, która była tu wcześniej. Ile to czasu? Dwie godziny? A oni ciągle tutaj stoją? Podbiegam do barierki, w dole tłum ludzi uwija się przy zakupach. Mijam bufet z kawą i wafelkami, wciąż zatłoczony, tutaj są ludzie, tutaj nie dzieje się nic chorego, tutaj życie grzęźnie i grzęźnie, i grzęźnie w sobie samym. Patrzę na kolejkę i nie zbliżam się, znowu stoi za duży tłum i naprawdę nie mam siły stać tu z nimi dla tej lury. W sklepie z czapkami ciągle wykłócają się ci sami Hiszpanie. Ten sam starszy człowiek denerwuje się ich niezdecydowaniem i ponagla, oni uśmiechają się grzecznie, nie rozumieją, co mówi. Kawiarnia wciąż jest tuż za rogiem sklepu z czapkami. Ciągle stoi przed nią kolejka chętnych na wafelkalek i średnią kawę. O co w takim razie chodzi? Co się dzieje, że oni są tu wszyscy, a ulice takie puste?

Schodzę na dół i najwolniej jak potrafię, najostrożniej jak mogę, wyłaniam się z automatycznego wyjścia na plac przed domem towarowym. Czekam aż metalowo- szklane drzwi zakmkną się za plecami. Na ulicy kłębią się ludzie, idą we wszystkich kierunkach z siatkami, rozmawiają przez swoje telefony. Jest ciepło i sucho. Nad Graftonem zachodzi słońce. Tłum przepycha się w kierunku Luasa. Nastolatek w wełnianej czapce siedzi przy rzeźbie na środku placu. Nerwowo gra na gitarze i śpiewa "Knockin' On The Heaven's Door". Powtarza refren w nieskończoność, jak wszystkie nastolatki, które grają tę piosenkę. Nieopodal bramy parku tłum gapiów rozchodzi się powoli, nie ma już taksówkarza ani jego taksówki, ani policjantów i ich radiowozu. Lekarze wracają odo karetki. Mężczyzna w średnim wieku wstaje z ulicy i otrzepuje spodnie. Podnosi przewrócony rower i odjeżdża w kierunku Baggot Street, zaczesując do tyłu swoje przerzedzone włosy. Jestem teraz na wierzchu istnienia. Słyszę, jak wieje halny i urywa mi głowę.
Dublin, 2010

Najnowszy numer
Październik 2020 (129)
reklama
Pogoda
booked.net
Waluty